12 sierpnia, 2022

Aresztowani 12 sierpnia 1944 r. w Bychawie

12 sierpnia 1944 r. NKWD aresztowało 10 mieszkańców Bychawy:

1.Buczek Zygmunt syn Jana ur. w 1912 r. 

2. Dudziak Aleksander syn Ludwika ur. w 1899 r.

3. Jezierski Mieczysław syn Kazimierza ur. w 1920 r.

4. Kałka Józef syn Józefa ur. w 1900 r.

5. Kaziród Stanisław syn Wojciecha ur. w  1920 r.

6. Kowalski Henryk syn Macieja ur. w 1918 r.

7. Kwiatkowski Stefan syn Dominika ur. w 1911r. 

8. Madej Zygmunt syn Wojciech ur. w 1909 r.

9. Mazur Kazimierz Ignacy syn Jana ur. w 1903 r.

10. Miszczuk Tadeusz syn Kazimierza ur. w 1925 r.


Na listach do aresztowania NKWD miało więcej nazwisk, jednak duża część ludzi związanych z podziemiem niepodległościowym, uprzedzona masowych o aresztowaniach w Lublinie, już od jakiegoś czasu się ukrywała. Uderzało to, lista tworzona musiała być dużo wcześniej, gdyż zdarzało się, że nazwisko na liście należało do osoby poległej w akcji 'Burza" przed dwoma tygodniami.

 Aresztowano tych, których zastano w domu bądź na stanowiskach pracy. Wśród tej dziesiątki aresztowanych byli ludzie którzy po wyzwoleniu Bychawy przez partyzantów Armii Krajowej tworzyli od nowa polską administrację, jak pan Dudziak, sekretarz gminy, czy pan Kałka, naczelnik poczty. 

Podczas przesłuchania pytano o przynależności do Armii Krajowej, a także innych towarzyszy broni. Aresztowanym nie stawiano żadnego formalnego zarzutu, nie zamierzano także wobec nich prowadzić żadnego oficjalnego śledztwa. Nigdy nie zostali postawieni w stan oskarżenia, nie stanęli przed żadnym sądem, nie udowodniono im żadnej winy. Ich „przestępstwem’ była przynależność do Armii Krajowej.

Pierwsze przesłuchania odbywały się w lokalnych siedzibach służb bezpieczeństwa, ale dość szybko aresztowanych przewożono do miejsc koncentracji więźniów, np. Lublina, aby ich dalej wywieźć w głąb Związku Radzieckiego. Sposób ich potraktowania ewidentnie świadczy o tym, że nie chodziło o to, czy aresztowani brali udział w tej czy innej akcji, ale że zostali uznani za niebezpiecznych dla władz radzieckich. Cała akcja miała na celu prewencyjne wyeliminowanie z polskiego społeczeństwa grup, które mogły stawić opór instalowaniu komunistycznej władzy w Polsce. Przesłuchania odbywały się metodami znanymi później z ubeckich więzień

Aresztowani zostali ostatecznie wywiezieni do obozu Borowicze w Rosji. 

Jazda do Borowicz trwała 10-12 dni. Wagony były nieogrzewane, uwięzionym dokuczało pragnienie, głód i zimno. Niektórzy nie byli odpowiednio ubrani. Pierwsza selekcja, kto przeżyje, a kto nie odbywała się już na tym etapie. Ten, kto wychodząc z domu, nie był ciepło ubrany, nie miał szans przeżycia.

Łagier Borowicze składał się z kilku podobozów: miejskiego (Borowicze), Szybatowa (zwanego też Szepietowem), Jogły (Jegolska) i obozu szachtowego (Ustie). W obozie miejskim więźniowie pracowali w cegielni i tartaku. W Szepietowie i Jogle więźniowie wyławiali z rzeki Msty spławiane drzewo, rąbali stemple i inne elementy drewniane do kopalń, pracowali w stolarniach i przy pracach rolnych. Najbardziej ciężka praca była do wykonania w obozie szachtowym. Więźniów zmuszano tam do pracy w kopalni w warunkach urągających wszelkim zasadom racjonalnej pracy. Skierowano tam do pracy ok. 1 tys. Polaków.

Więźniowie mieszkali w barakach pełnych pluskiew (w jednym z obozów latem wygarniano je z baraków szuflami), nie było tam sienników, nie było kocy. Ich wyżywienie było niedostateczne pod względem ilości i składu. Nie zapewniało wystarczającej liczby kalorii potrzebnych osobom niepracującym, a w połączeniu z ciężką fizyczną pracą szybko prowadziło do wycieńczenia organizmu. Więźniowie zapadali na dystrofię, a panujące zimno (średnia temperatura zimą wynosiła -20 stopni) przyczyniało się do powstawania zapalenia płuc, gruźlicy i innych chorób. W obozach były szpitale i lekarze, ale wobec braku lekarstw i narzędzi medycznych, opieka lekarska była fikcją. W marcu 1945 r. w podobozie Jogła wybuchła epidemia czerwonkiWięźniowie wyprzedawali swoje ubranie, aby zdobyć jedzenie. Chodzili coraz bardziej obdarci, ubrani w odzież obozowej produkcji. 

Internowani nie wiedzieli, jak długo będą więzieni. Nie zostali skazani na karę o określonej długości. W 1945 r., po zakończeniu II wojny światowej w Europie, władze radzieckie odrobinę złagodziły kurs, czego wyrazem była dyrektywa NKWD o zwolnieniu Polaków, którzy popełnili mało istotne przestępstwa lub byli szeregowymi żołnierzami Podziemia.

Jesienią 1945 r. zaczęły się ponowne przesłuchania więźniów. Miały one na celu podzielenie więźniów na mniej i bardziej winnych (za bardziej winnych uznawano oficerów i kadrę kierowniczą). Tym, których uznano za mniej winnych, pozwolono wrócić do Polski. Zwolnienia z obozu zaczęły się w styczniu i lutym 1946 r., podlegała im znaczna część więźniów.

Zanim więźniów zwolniono, przeniesiono ich do lżejszej pracy, do podobozu Kowańce. Każdemu dano mydło i wysłano do bani. Mieli nakaz ogolenia się. Odebrano im stare ubrania, a dano do wyboru mniej zniszczoną odzież niemiecką lub radziecką. Wymieniono także im bieliznę. Więźniami zajęli się lekarze, wydano im lekarstwa.

Zwolnionych więźniów wsadzono ponownie do wagonów towarowych, tym razem o trochę lepszym standardzie, i przewieziono na granicę z Polską. Z badań naukowych wynika, że powracający w 1946 r. zmieścili się w 3 pociągach. Podróż również trwała kilka-kilkanaście dni. W Brześciu więźniowie zostali umieszczeni w obozie przejściowym. Następnie byli przewożeni do Białej Podlaskiej, której ludność bardzo serdecznie zajmowała się ‚repatriantami’, jak ich oficjalnie nazywano. Mieczysław Godlewski, były więzień Borowicz, tak wspominał swój powrót do kraju:

"Nie wiem, czy ktoś kiedyś w życiu, był serdeczniej przyjmowany, tak jak nas przyjmowało społeczeństwo Białej Podlaskiej po powrocie z łagru. Jeżeli ktoś, kiedyś będzie czytał moje wspomnienia, to niech przekaże Władzom i Społeczeństwu Miasta Białej Podlaskiej, że pamieć o tym musi trwać wiecznie. Aby okazać tyle serca i poświecenia dla drugiego człowieka w tamtych czasach, to trzeba było mieć wiele odwagi i być naprawę Polakiem."

Mieszkańcy Białej szturmowali pociągi nachodzące ze Związku Radzieckiego. Nie bacząc na konwojentów, przynosili powracającym jedzenie, a nawet wykradali ich z pociągów.

NKWD przekazała nadzór nad więźniami polskiemu Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. Każdy z uwięziony, aby być zwolnionym musiał wypełnić ankietę. Byłym więźniom wydano zaświadczenia, stanowiące ich tymczasowe dowody osobiste i pieniądze na podróż do domu. Wydawano im także po pół paczki UNRRA. Surowo zakazywano im także opowiadać o obozie.

Borowiczanie wracali do swoich domów zniszczeni fizycznie. Lokalne służby bezpieczeństwa przez cały czas bacznie przyglądały się ich życiu.

Z dziesięciu mieszkańców Bychawy, aresztowanych 12 sierpnia 1944 r. do domów powróciło ośmiu.

Aleksander Dudziak, zasłużony pracownik gminy Bychawa zmarł z wycieńczenia  w obozowym szpitalu 17 kwietnia 1946 r. 

Józef Kałka, naczelnik poczty w Bychawie, zmarł w obozie 31 marca 1945 r.

Niemożliwe jest odnalezienie ich mogił, gdyż zmarłych więźniów grzebano nago w płytkich zbiorowych mogiłach na przyobozowych terenach, a grobów nie oznaczano.

Buczek Zygmunt, Jezierski Mieczysław, Kaziród Stanisław, Kowalski Henryk, Kwiatkowski Stefan,  Madej Zygmunt,  Mazur Kazimierz i Miszczuk Tadeusz powrócili do Polski przez punkt repatriacyjny w Białej Podlaskiej w lutym i marcu 1946 r.


Od prawej: Mieczysław Jezierski, Stefan Kwiatkowski, Zygmunt Madej, Stanisław Koziród.
Zdjęcie wykonane w punkcie repatriacyjnym w Białej Podlaskiej.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

W partyzantce u "Spartanina" - wspomnienia Edwarda Zapolskiego-Kusego ps. "Mściwój".

Poniższy tekst jest fragmentem wspomnień Edwarda Zapolskiego -Kusego "Raport z jednego życia. Wypiłem bruderszaft z historią". Cał...