Jeszcze nie minął pierwszy tydzień wojny, a wojska niemieckie zagroziły Lubelszczyźnie, i to aż z trzech kierunków. Od zachodu, po rozbiciu i próbie otoczenia Armii "Prusy", na całym odcinku środkowej Wisły nacierały pancerne wozy niemieckiej 10 Armii. Od północy, mimo ciężkich walk toczonych przez Armię ,,Modlin", na Podlasie zaczęły się wdzierać jednostki 8 Armii.Od południa nacierająca na wschód XIV Armia zdołała wbić się klinem w siły Armii „Kraków" i idąc ukosem zagroziła Zamojszczyźnie. Spychane i częściowo rozbite jednostki WP przemieszczały się na Lubelszczyznę, za tworzącą się nową linię obronną na linii rzek San-Wisła-Wieprz.
Sytuacja stawała się groźna. Najważniejszym zadaniem stawała się obrona linii Wisły, od jej utrzymania zależało bowiem czy będziemy mieć dość czasu na stworzenie skutecznej obrony. Zadanie to powierzono utworzonej rozkazem Naczelnego Wodza z 4 września Armii "Lublin".
| Gen. Tadeusz Piskor |
6 września dowództwo niemieckie zorientowało się, że w okolicach Lublina tworzy się nowe polskie zgrupowanie, które może osiągnąć wielkość 7-10 dywizji, postanowiono więc przyspieszyć uderzenia na wszystkich kierunkach
Siły Armii “Lublin” były bardzo skromne. Zgrupowanie miało przyjąć obronę aż 150 km płytkiej w tym miesiącu Wisły dysponując zaledwie 10 tysiącami żołnierzy, 18 działami i 44 działkami. Żeby skutecznie bronić się na linii Wisły należało dysponować siłami nieporównywalnie większymi. 9 września dowódca Armii "Lublin" gen. Piskor meldował Naczelnemu Wodzowi że “obrony Wisły nie ma, są tylko luźne oddziały na przeprawach”. Oddziały jakimi dysponował były zbyt małe, aby rozciągnąć obronę na całej linii Wisły.
Ze wszystkich stron (od zachodu, północy i południa) na Lubelszczyznę zaczęły napływać ogromne ilości polskiego wojska oraz uchodźców. Wkrótce zapchane zostały wszystkie drogi. Masy przemieszczających się na wschód uciekinierów wkrótce dostały się pod nękający ogień niemieckich samolotów, którym było obojętne, czy atakują kolumnę wojska, czy bezbronnych cywili. Drużyny kolejarskie, sanitarne i przeciwlotnicze z narażeniem życia i niesłychanym poświęceniem naprawiały uszkodzenia, grzebały zabitych, ratowały rannych.
Podjęto ogromny wysiłek, aby zapanować nad chaosem spowodowanym napływem uchodźców, wycofujących się urzędników i rozbitych jednostek polskiego wojska. Pełniący funkcję komisarza cywilnego wojewoda lubelski próbował powstrzymać przedwczesną ewakuację policji, urzędów i straży pożarnej, tworzono polowe szpitale, wypiekano chleb dla wojska, tworzono ochotnicze patrole i drużyny ratownicze. We wszystkich miastach lubelszczyzny poczęto tworzyć policyjne zapory wyłapujące rozproszonych żołnierzy, których odsyłano do tworzących się nowych zgrupowań.
| Gen. Stefan Dąb-Biernacki |
Największe z nich, o charakterze grupy armii powstało w rejonie Lubartowa-Chełma pod dowództwem gen. Dąb-Biernackiego. Otrzymało ono później nazwę "Frontu Północnego". Jego zadaniem była obrona północnej flanki lubelszczyzny (rygiel północny). Na południu już 11 września pojawiły się pierwsze oddziały cofającej się Armii Kraków pod dowództwem gen. Szyllinga.
Armia Lublin nie miała dość czasu na organizację - już 8 września pierwsze jednostki zmotoryzowanej Dziesiątej Armii niemieckiej osiągnęły linię Wisły i weszły w kontakt z jednostkami polskimi, usiłując z marszu zająć niektóre z mostów.
W kolejnych dniach wojska niemieckie ponawiały ataki, i już 10 września udało im się po przeprawieniu się przez Wisłę w okolicach Góry Kalwarii uchwycić przyczółek na północnym odcinku obrony Armii Lublin.
Najbardziej dramatyczny moment obrony linii Wisły miał miejsce przy moście w Dęblinie, gdzie Niemcy usiłowali wjechać na pozycje polskie niejako “na “plecach” polskich uchodźców i wycofujących się rozbitych polskich oddziałów. Polscy obrońcy za wszelką cenę próbowali utrzymać przeprawę, aby uciekinierzy i wojsko mogły bezpiecznie znaleźć się na drugim brzegu Wisły. Dzięki heroicznej postawie polskich żołnierzy udało się ten atak powstrzymać, pod silnym ogniem nieprzyjaciela most zaminować i wysadzić. Wkrótce wszystkie mosty na Wiśle zostały zniszczone, aby uniemożliwić Niemcom przeprawienie się na jej drugi brzeg
Pomimo bohaterskiej postawy naszych żołnierzy Niemcom udało się wkrótce sforsować rzekę. Lato 1939 roku było upalne, z powodu braku opadów poziom wody w Wiśle znacząco się obniżył. Umożliwiło to niemieckim lekkim jednostkom pancernym przebycie rzeki w bród. Oddziały te uchwyciwszy przyczółki na drugim brzegu Wisły były w stanie zbudować stałe przeprawy dla cięższych jednostek pancernych. Najważniejszy z tych przyczółków powstał 12 września pod Annopolem. Następnego dnia późnym popołudniem dowódca Brygady Pancerno - Motorowej płk. Rowecki przeprowadził kontratak, nie zdołał jednak zmusić Niemców do odwrotu.
| Płk Stefan Rowecki |
Sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Z Naczelnego Dowództwa zaczęły napływać kolejne rozkazy. Rozkaz z 10 września zalecał bezwarunkową obronę Wisły, z kolei następny już rozkaz, datowany na dzień późniejszy, nakazywał utrzymanie linii rzeki do momentu przeprawienia się wojsk generała Kutrzeby (armii „Poznań”), a następnie wycofanie się w kierunku Tomaszowa Lubelskiego. Ich wykonanie nie było możliwe z uwagi na ogromny nacisk sił niemieckich, a ponadto generał Kutrzeba mógł przedzierać się wyłącznie w kierunku Warszawy, gdyż na innych kierunkach marszu miał silne jednostki niemieckie.
W nocy z 13 na 14 września wojska niemieckie zaczęły forsować Wisłę. Nadwiślańskie wsie i osady znalazły się pod ogniem niemieckiej artylerii. Od bomb lotniczych płonęły Kurów, Józefów i Puławy.
Następnego dnia oddziały polskie cofnęły się pod Kraśnik, gdzie przygotowały się do wydania bitwy nacierającym Niemcom. W chwili gdy 8 Pułk Ułanów starł się z niemieckimi szpicami, nadszedł rozkaz naczelnego wodza: Armia Lublin miała cofnąć się na zamojszczyznę, w rejon Frampola. Jeszcze przez chwilę rozważano desperackie zamknięcie się w improwizowanych twierdzach-miastach - Lublinie i Puławach, lecz bacząc na sytuację od tego odstąpiono. Armia “Lublin” odmaszerowała na wschód.
Jednostki niemieckie zmierzały prosto na bezbronny Lublin. Po odejściu Armii Lublin oraz ucieczce prezydenta, straży pożarnej i policji szybko uformował się tu Komitet Cywilno-Wojskowy, który postanowił za wszelką cenę bronić miasta. W warunkach całkowitej improwizacji zdołano sformować trzy bataliony w sile dwóch tysięcy osób, złożone głównie z ochotników oraz żołnierzy rozbitych jednostek, uzbrojone w broń pozostawioną w koszarach 8 Pułku Piechoty Legionów. Komendantem wojennym miasta został rotmistrz rezerwy Stanisław Lis-Błoński, zaś funkcję komisarza cywilnego objął sędzia Sądu Apelacyjnego w Lublinie Stefan Lelek-Sowa, były żołnierz Legionów i działacz POW. Linie obrony usytuowano wzdłuż szosy kraśnickiej, koszar 8 Pułku Piechoty Legionów, a szczególną rolę miał odgrywać gmach Bobolanum. Główną siłą obronną były dwa bataliony, dowodzone przez majorów: Juliusza Dudzińskiego i Stanisława Horwatta. 16 września oddział zwiadowczy obrońców miasta pod dowództwem mjr. Dudzińskiego odparł pierwsze niemieckie patrole pod Konopnicą. Siedemnastego września zbliżające się od strony Kraśnika wojska niemieckie stanęły pod Lublinem. Wobec zaciętej obrony na skraju miasta, Niemcy rozpoczęli ostrzał artyleryjski połączony z nalotami lotniczymi.
| Lublin we wrześniu 1939 r. |
Zburzono wówczas wiele domów na Starym Mieście i poważnie uszkodzono katedrę. Następnie do akcji weszły jednostki 4 Dywizji Piechoty, rozpoczęto też okrążanie miasta od południa. Do największych starć doszło w okolicach koszar, Bobolanum i KUL-u. Tam też polegli obydwaj dowódcy batalionów obrony mjr Horwatt i mjr Dudziński.
W nocy z 17 na 18 września, ze względu na miażdżącą przewagę wroga, oddziały obrońców Lublina wycofały się w kierunku wschodnim, gdzie weszły w skład zgrupowania gen. Dąb-Biernackiego. Osiemnastego września wczesnym rankiem Niemcy wkroczyli do Lublina.
Sytuacja otaczanych przez nieprzyjaciela wojsk polskich stawała się coraz bardziej tragiczna. Na południu wojska niemieckie już 13 września zdołały uchwycić Uhnów, Tomaszów Lubelski i Zamość. 18 września padł Krasnystaw. Droga na południowy wschód została zamknięta.
W zacieśniającym się kotle okrążenia znalazły się teraz oddziały Frontu Północnego oraz połączone w Front Środkowy Armie Lublin i Kraków. Wszystkie jednostki otrzymały rozkaz przebijania się na południowy wschód (kierunek Rawa Ruska-Lwów-Rumunia). Przesuwające się polskie oddziały nieustannie naciskane były przez siły niemieckie. Polskie wojska szły przez płonące lasy i osady, np. w nocy z 15 na 16 września przechodzili przez Janów Lubelski i Frampol - obydwa silnie zbombardowane i spalone.
16 września dowódca Frontu Środkowego gen. Piskor podjął decyzję o przebijaniu się zgrupowania przez Tomaszów Lubelski, zajęty już przez Niemców. W dwu następnych dniach oddziały Frontu Środkowego w ciężkich walkach dokonywały koncentracji. Na całym obszarze doszło do szeregu starć, min. pod Krasnobrodem i Józefowem, Cieszanowem, Płazowem i Maziłami. Wobec braku benzyny niszczono zbędne tabory i sprzęt.
| Przygotowania do bitwy pod Tomaszowem |
| Polski czołg 7TP |
19 września rano oddziały polskie wspierane przez artylerię ruszyły do nowego, desperackiego ataku na Tomaszów. Bitwa trwała cały dzień i objęła wiele sąsiednich miasteczek i wsi. Wieczorem do zgrupowania dotarły wieści o wkroczeniu sowietów oraz opuszczeniu kraju przez rząd i naczelne dowództwo. Naczelny Wódz nakazywał unikanie walk z Sowietami i wycofanie się na przedmoście rumuńskie. Na nocnej naradzie gen. Piskor oznajmił swoim dowódcom, iż dzisiejszej nocy zostanie podjęta ostatnia próba przebicia się przez miasto, jeśli się nie uda - są zwolnieni z obowiązków i niech każdy próbuje przebić się na własną rękę. Rozpoczęte nocą natarcie załamało się 20 września ok. godz. 10 rano. Wobec braku nadziei na wyjście z okrążenia, gen. Piskor poddał siły Frontu . Następnego dnia dowództwo niemieckie podało tryumfalnie, że wzięło do niewoli 20 tysięcy jeńców, w tym dwóch generałów.
W czasie kiedy dogasała pierwsza bitwa tomaszowska, w kierunku Tomaszowa Lubelskiego podążały z polskie jednostki Frontu Północnego, dowodzone przez gen. Dąb-Biernackiego.
W skład Frontu Północnego wchodziły resztki armii „Modlin” i „Prusy” oraz 39 rezerwowa Dywizja Piechoty ze składu armii „Lublin”. Jednym z czołowych oddziałów była Nowogródzka Brygada Kawalerii gen. Władysława Andersa, której udało się zająć Krasnobród. Umożliwiło to oddziałowi wyrwanie się z okrążenia i przebicie w kierunku Lwowa. Tymczasem pozostałe grupy radziły sobie znacznie gorzej.
Główne siły Frontu Północnego próbowały odbić z rąk niemieckich Krasnystaw i Zamość, jednak bezskutecznie. Postanowiono więc przebijać się przez Tomaszów Lubelski. Dalsze działania zgrupowania skupiły się więc na opanowaniu terenów wyjściowych do przeprowadzenia ataku, aby po zdobyciu miasta przebić się na Lwów. W dniach 20-22 września najcięższe walki toczyły się pod Cześnikami, gdzie starły się 39 dywizja piechoty i 29 brygada piechoty z niemieckimi oddziałami 4 niemieckiej dywizji lekkiej wspartej, wspartej jednostkami 27 dyw. pancernej. Polskie dywizjony pplot strzelały z pierwszej linii ogniem bezpośrednim, płonął pobliski Barchaczów, doszło do walk na bagnety.
23 września gen. Dąb-Biernacki opuścił pole bitwy i nakazał kapitulację gen. Emilowi Krukowiczowi-Przedrzymirskiemu.
| gen. Krukowicz-Przedrzymirski |
Próby przebicia trwały do 27 września, obfitując w dramatyczne epizody. Pod Tarnawatką dowódca I dywizji gen. Kowalski w pierwszej linii ataku świadomie szukał śmierci, pod Krasnobrodem z szaloną brawurą 25 pułk ułanów rozbił sztab 8 niemieckiej dywizji piechoty i wziął do niewoli 29 oficerów…
Gen. Przedrzymirski podpisał umowę kapitulacyjną dopiero w obliczu całkiem już beznadziejnej sytuacji, 26 września, zniszczywszy uprzednio sprzęt wojskowy. Do niewoli dostało się 7 generałów, 500 oficerów i ok. 6 tys. żołnierzy.
![]() |
| Płk Leon Koc w czasie służby w Legionach |
![]() |
| Płk Tadeusz Płonka |
![]() |
| Płk Władysław Filipkowski |
![]() |
| Płk Zieleniewski |
Przy końcu września, gdy w zasadzie już ucichły boje, na teren Lubelszczyzny wkroczyło niespodziewanie jeszcze jedno zgrupowanie Wojska Polskiego. Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” pod dowództwem Franciszka Kleeberga przemierzyła setki kilometrów, walcząc z Wermachtem, Armią Czerwoną i ukraińskimi bojówkami. Mimo marszu przez płonący kraj, w obliczu dwóch potężnych agresorów nie straciła morale i pod Kockiem stanęła do ostatniej walki z Niemcami.
![]() |
| Gen. Franciszek Kleeberg |
Na początku października rozpoznanie SGO „Polesie” natknęło się w okolicach Kocka na czołówkę 13. Dywizji Zmotoryzowanej Wehrmachtu. Gen. Kleeberg musiał podjąć bitwę – wróg zagradzał mu drogę do dęblińskiej składnicy uzbrojenia, a jego zapasy amunicji były na wyczerpaniu.
4 października oddziały gen. Kleeberga zaczęły się przegrupowywać i przeszły do obrony zdobytych pozycji. Polacy nie ustąpili pod silnym ogniem artyleryjskim Wehrmachtu.
Tymczasem do sztabu SGO „Polesie” nadszedł meldunek, że od północy zbliża się kolejna niemiecka dywizja zmotoryzowana. By uniknąć walki na dwa fronty, zdecydowano się przeprowadzić zmasowane natarcie na osłabioną 13. Dywizję.
![]() |
| Spieszona kawaleria w bitwie pod Kockiem |
Najcięższe walki 5 października rozegrały się w Woli Gułowskiej i jej okolicach. Żołnierze Kleeberga triumfowali. Sprzętową przewagę Niemców niwelowali przemyślaną taktyką i bojowym duchem. Tego dnia wypchnęli 13. Dywizję z Charlejowa, Adamowa, Helenowa i Czarnej. Dowódca SGO „Polesie” wiedział, że ma Niemców na widelcu i może rozbić ich w puch. Niestety właśnie wtedy otrzymał meldunek o zupełnym wyczerpaniu się zapasów amunicji…
6 października 1939 r. dowódca SGO „Polesie”, po długich wahaniach, zdecydował się skapitulować. Około godziny 19:30 wydał swój ostatni rozkaz:
Żołnierze!
Z dalekiego Polesia, znad Narwi, z jednostek, które oparły się w Kowlu demoralizacji – zebrałem Was pod swoją komendę, by walczyć do końca.
Chciałem iść najpierw na południe – gdy to się stało niemożliwe – nieść pomoc Warszawie.
Warszawa padła, nim doszliśmy. Mimo to nie straciliśmy nadziei i walczyliśmy dalej, najpierw z bolszewikami, następnie w pięciodniowej bitwie pod Serokomlą z Niemcami.
Wykazaliście hart i odwagę w czasie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca.
Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może.
Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każąc zaprzestać dalszej, bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą Karność, wiem, że staniecie, gdy będziecie potrzebni.
Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie.
Niemal 17 tys. ostatnich polskich żołnierzy kampanii wrześniowej poddało się na warunkach honorowych. Wszystkim oficerom pozwolono zachować kabury z pistoletami. Niemieccy generałowie — Paul Otto i Gustaw von Witersheim bezpośrednio po kapitulacji potraktowali Polaków honorowo. Kompania Wehrmachtu prężyła się przed generałem Kleebergiem na baczność, gen. Witersheim wychwalał polskie bohaterstwo. - Biliście się tak, jak tylko Niemcy potrafią — komplementował Kleeberga. Polski dowódca przyjmował niemieckie kadzenie z rezerwą. – Zrobiliśmy to, co do nas należało — odpowiedział krótko, po wojskowemu.
Bitwa pod Kockiem była ostatnim bojem Wojska Polskiego we wrześniu 1939 r.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz