31 lipca, 2022

25 lipca 1944 r., Polanówka - Sowieci rozbrajają zgrupowanie 8 pp leg Armii Krajowej

 

23 lipca 1944 r. po koncentracji w okolicy  - Żabiej Woli batalion kpt. Konrada Szmedinga "Młota" kontynuował marsz na Lublin. O dalszych wypadkach dowiadujemy się z relacji żołnierza oddziału cc. Czesława Rossinskiego "Jemioły" - strz. Józefa Wiktora Gierczaka ps. "Wiktor":

"W trakcie marszu napotykano patrole kawalerii radzieckiej, którym przekazywano schwytanych w zbożu Niemców, a zwiad konny „Nerwy" likwidował ostatnie grupy cofającego się nieprzyjaciela. W celu uniknięcia ataku przez samoloty radzieckie rozkładano - według uzgodnionego wcześniej kodu - białe trójkątne i prostokątne płachty. w drodze na Lublin samoloty kilkakrotnie pikowały na kolumnę, lecz gdy dostrzegły sygnały, machały przyjaźnie skrzydłami i odlatywały we wskazanym przez oddział kierunku. Tak dotarto do Polanówki, gdzie zetknięto się ze sztabem jednostki kawalerii radzieckiej, a kpt. ,,Młot" dokonał aktu ujawnienia. Oficer w stopniu pułkownika w serdecznych słowach podziękował kpt. ,,Młotowi" za współpracę i pomoc w gromieniu faszystów oraz wyraził uznanie i podziw dla dzielności partyzantów polskich. Żołnierze witali akowców z prawdziwie słowiańską serdecznością, częstując machorką i cebulą. 

23 lipca 1944, Polanówka k. Lublina; trzeci od lewej: Czesław Rossiński "Jemioła”, czwarty: por. Wojciech Rokicki "Newa”, szósty: por. Stanisław Łukasik "Ryś”. 

Zgrupowanie nasze, tzn. oddział „Nerwy" (II kompania OP 8), ,,Jemioły" (III kompania OP 8) oraz „Rysia" (V kompania OP 8), liczyło około 450-500 ludzi i prezentowało się znakomicie. Po dozbrojeniu się w ostatnich dniach mieliśmy dużo broni automatycznej (pm-y), krótkiej oraz piaty i rusznice ppanc. Solidne wozy taborowe, zaprzężone w silne konie, załadowane były zapasową amunicją, a nawet nadliczbową bronią, plecakami, kocami, pałatkami i innym ekwipunkiem oraz żywnością. Umundurowanie było w większości zrzutowe i niemieckie - w oddziale „Jemioły", oraz niemieckie w oddziałach „Nerwy" i „Rysia". Żołnierze posiadali skórzane pasy i ładownice, chlebaki, koce i inny ekwipunek, stanowiący przedmiot pożądania żoł nierzy radzieckich. Organizacja i dyscyplina były wzorowe. Rozlokowaliśmy się oddziałami, utrzymując pogotowie alarmowe. Wydano nam suchy prowiant, tj. kiełbasę, słoninę i po kawałku chleba. Prowadzone przez kpt. ,,Młota" i naszych oficerów rozmowy z oficerami radzieckimi co do dalszych losów zgrupowania nie były pomyślne. Strona radziecka ciągle zmieniała decyzje, tłumacząc się brakiem kompetencji i rozkazów z góry. Narastała atmosfera napięcia, niepewności i nieufności. Zapadła noc. O świcie zobaczyliśmy dokoła nowe oddziały kawalerii radzieckiej, a przez lornetki wymierzone w naszym kierunku działa. Rano przybyli do nas wyżsi oficerowie radzieccy. Jeden z nich, pułkownik, oświadczył, że jest upoważniony do pertraktacji, a jednocześnie do udzielenia nam wiążących wyjaśnień i rozkazów. Kapitan „Młot" powtórzył akt ujawniania, na co wyżej wymieniony pułkownik zażądał dokładnego wykazu partyzantów, zawierającego: pseudonimy, imię i nazwisko, imię ojca i matki, nazwisko panieńskie matki, datę urodzenia, wykształcenie, zawód, dokładne miejsce zamieszkania oraz dokładną datę wstąpienia do organizacji i oddziału. Nikt z nas nie posiadał autentycznego dowodu osobistego, mała grupa miała dowody fałszywe, a nieliczni znali się osobiście. W czasie dokonywania spisu większość podawała nieprawdziwe dane. Mogłem to stwierdzić, słysząc podawane personalia przez dobrze znanych mi kolegów oraz zgodne z zawartymi w fałszywych dowodach, a także na podstawie późniejszych rozmów. Oficerowie radzieccy nie byli zadowoleni ze spisów. Lista była zbyt mała, a wszystko wskazywało na to, że posiadają własne wykazy. Po pewnym czasie zarządzono zbiórkę oddziałów. Przemawiał wspomniany już pułkownik radziecki, a „Jemioła" na żywo tłumaczył jego wypowiedź, a właściwie ultimatum. Pułkownik powiedział, że armia radziecka nie może tolerować na swoich tyłach i w strefie swego działania żadnych uzbrojonych oddziałów, nawet sojuszniczych, nie wchodzących w skład zorganizowanych jednostek wojskowych, podporządkowanych dowództwu radzieckiemu. Powiedział również, że będziemy mogli bić faszystów, pod warunkiem, że wstąpimy do armii polskiej, organizowanej przez PKWN. W tym celu mamy złożyć broń na wozy, na których mogą pozostać tylko powożący i chorzy, a kolumna ustawi się oddziałami przed taborem, po czym pod eskortą zostanie odprowadzona do Lublina. Dodał ponadto, że opuszczenie oddziału będzie traktowane jako dezercja i każdy uciekinier zostanie rozstrzelany. Zostaną rozstrzelani także wszyscy oficerowie zgrupowania, których czyni się odpowiedzialnymi za dotarcie kolumny w całości do miejsca przeznaczenia. W przypadku nie podporządkowania się wyżej wymienionym zarządzeniom zgrupowanie będzie potraktowane jako oddział wroga i zlikwidowane siłą. Zapadła grobowa cisza. Po chwili dowódcy nasi złożyli ostry protest przeciwko niezgodnemu z normami międzynarodowymi traktowaniu wojsk sojuszniczych, ale bez rezultatu. Witający nas wczoraj tak serdecznie pułkownik powiedział, że jest mu bardzo przykro, ale jako żołnierz wykonuje rozkazy, a do polityki nie miesza się. Nastąpił moment przygnębienia, a nawet załamania. Jeden z żołnierzy, chyba od „Rysia", strzelił sobie w usta. Ogarnęło nas poczucie krzywdy. Jeszcze wczoraj ponosiliśmy ofiary na polu walki w imię zobowiązań sojuszniczych, a już dzisiaj jesteśmy przez tegoż sojusznika pozbawieni prawa wejścia do Lublina z bronią w ręku, pod sztandarem Armii Krajowej, powołanej przez Rząd Rzeczypospolitej Polskiej, której przysięgaliśmy wierność. Fatalny nastrój rozładował „Jemioła", mówiąc do nas donośnym głosem. ,,Chłopcy, kurwa mać, weźcie się w garść! Na wojnie, jak na wojnie! Raz na wozie, raz przed wozem! W myśl Konwencji Genewskiej żołnierz ma prawo uciekać z niewoli i nikt nie może pozbawić go tego prawa. Nie można też karać przełożonych za ucieczkę podkomendnych. Nie wiem, czy Związek Sowiecki przestrzega przepisów Konwencji Genewskiej, ale jeńcami to chyba jesteśmy. Jeśli nadal macie zaufanie do nas jako dowódców nie spieszcie się z dawaniem powodów do rozwałki. My znajdziemy rozsądne wyjście. Przygotować się do wymarszu. Rozejść się!".

Na fotografii dowódcy Oddziałów Partyzanckich 8 Pułku Piechoty na koncentracji w Polanówce. Od lewej stoją podporucznik Stanisław Łukasik ps. "Ryś" -dowódca oddzialu "Rysia", podporucznik Czesław Rossiński ps. " Jemioła" - dowódca oddziału "Jemioły", Wacław Krasnopolski ps. "Huba" - zastępca dowódcy oddziału "Jemioły", kapitan Konrad Szmeding ps. "Młot" -dowódca OP 8, oficerowie radzieccy (5, 6, 7), podporucznik Adolf Kijowski ps. "Antek" adiutant dowódcy OP 8, podporucznik Wojciech Rokicki ps. "Nerwa" -dowódca oddziału "Nerwy", starszy sierżant Zygmunt Kowalczyk ps. "Okrzeja" -zastępca dowódcy oddziału "Nerwy". 

,,Młot" rozkazał podzielić między żołnierzy zawartość kasy zgrupowania, tytoń, bibułkę do papierosów oraz wszystko to, co nie stanowiło wyposażenia wojskowego. Wypadło po 500 zł, parę dekagramów tytoniu, kilkadziesiąt książeczek bibułki na osobę. Szczęśliwcy otrzymali lepszą bieliznę i buty. W tym czasie zniknęły - ukryte przez partyzantów - pm-y, broń krótka, granaty i lornetki. Na wozy złożono rusznice ppanc., Ikm-y i rkm-y, kb i część amunicji. Przy wymarszu okazało się, ze zgrupowanie zmalało do połowy. Oddział „Rysia" rozpłynął się w terenie, a w oddziałach „Nerwy" i „Jemioły" brakowało ludzi nie umundurowanych. Podano szeptem po linii rozkaz, aby rozciągnąć kolumnę, pozorując większą liczbę. ,,Jemioła" zapewnił, że w odpowiednim momencie wyda rozkaz do ucieczki. Maszerowaliśmy w skwarze upalnego dnia, rzadko odpoczywając, w następującej kolejności: II kompania „Nerwy", a za nią III kompania „Jemioły", obstawieni gęstym szpalerem milczących Kozaków z bronią gotową do strzału. Dokuczało pragnienie i głód, ponieważ zapas słoniny i kiełbasy uległ w upale zepsuciu, a mąka z wozów taborowych zginęła już pierwszego dnia. Prowadzący kolumnę nakazał skręcić na wschód. Zakomunikował nam, że w Lublinie trwają walki, wobec czego idziemy do Piask, gdzie spotkamy armię Berlinga. Podczas przemarszu przez wioski wzburzone tłumy obrzucały II kompanię „Nerwy" kamieniami. Okazało się, że eskorta informowała ludność, iż prowadzi jeńców niemieckich. Otrzymaliśmy więc rozkaz, aby wszyscy w mundurach zrzutowych z oddziału „Jemioły" przeszli na czoło kolumny i zastąpili „nerwiaków" w mundurach niemieckich. Sytuacja zmieniła się diametralnie. Ludność rzucała nam chleb i podawała mleko, pomstując na sojuszników. Przed Piaskami zmieniono marszrutę w kierunku na Chełm. Prowadzący kolumnę powiedział nam, że armia Berlinga nie dotarła do Piask i oczekuje nas w Chełmie. Nie potrafię dzisiaj dokładnie odtworzyć naszej wędrówki. Pewne fragmenty utkwiły mi w pamięci, inne zupełnie się zatarły. Pamiętam upał, zmęczenie, pragnienie, głód oraz straszliwe napięcie. Obrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Mogłem jak inni przebrać się w cywilne ubranie lub pozostać w stodole w pierwszej lepszej wsi. Postanowiłem jednak czekać na rozkaz „Jemioły", do którego miałem ogromne zaufanie. Był on, nie tylko dla mnie, wzorem żołnierza i dowódcy. Moment taki nastąpił między Piaskami a Chełmem, chyba w miejscowości Cyganka. ,,Jemioła" podszedł do kilku z nas i cicho powiedział: ,,Chłopcy, nie ma co czekać na oklaski. Jeżeli nie pryśniemy teraz, to później będzie trudniej. Zakupiliśmy bimber i Kozaków ugoszczą gospodarze. Uciekać pojedynczo, nie wzbudzając podejrzeń. Potrzebuję ochotników, którzy będą się kręcili, pozorując wartę przy taborach. Reszta idzie spać do stodół, a stamtąd pojedynczo w pole". Wraz z „Lechem" i kilkoma innymi zgłosiłem się na wartę, obserwując, jak przebiega akcja „noga". ,,Jemioła" i Żuraw" obaj z grabiami i kosą na wozie, powiedzieli konwojentowi, że muszą przywieźć z pola paszę dla koni. Inni, korzystając z nieuwagi podchmielonych Kozaków, wymykali się niepostrzeżenie. Wsypa nastąpiła wtedy, kiedy jeden z partyzantów, chyba „Toporek", nie zatrzymał się na wezwanie i zaczął uciekać. Strzały zaalarmowały konwojentów. Powstało piekło. Jedni rozjechali się szukać uciekinierów, inni zarządzili zbiórkę. Zostało nas około 25. ,,Toporka obiecano rozstrzelać w Chełmie. Od tej pory jechaliśmy do Chełma na wozach, a konwój został odpowiednio zmniejszony. Powoziłem wozem wyładowanym kocami, plecakami, pasami, ładownicami itp. Zapytałem jednego z konwojentów, czy nie zechciałby przyjąć na pamiątkę angielskiego koca lub plecaka. Odpowiedział, że nie wolno mu z nami rozmawiać, ale weźmie skórzany pas, jak inni nie będą patrzeć. Jechał odtąd obok mojego wozu, wybierając trofea. ,,Lech" zaczął go przekonywać, że szkoda „Toporka", bo chciał wrócić do chorej matki, a ojca i 2 braci zabili Niemcy. ,,Niech idzie za swoją potrzebą i schowa się w snopkach. Ja nie muszę widzieć" - odpowiedział Kozak i dotrzymał słowa. Do koszar w Chełmie dotarło nas około 20 na 8-9 wozach z małą liczbą broni. Pojedynczo wzywano nas na przesłuchanie, z którego koledzy wyskakiwali z dużym przyspieszeniem, wołając „biją". Wprowadzono mnie jako piątego do długiego pomieszczenia, wzdłuż którego stali Kozacy (?) z nahajkami. Zameldowałem się generałowi radzieckiemu, siedzącemu za stołem z kilkoma oficerami informacji i NKWD. Podałem życiorys, personalia swoje i rodziców oraz odpowiedziałem na szereg, często oderwanych pytań. Udawałem mało rozgarniętego chłopaka, nie interesującego się polityką i nie znającego języka rosyjskiego. W trakcie tłumaczenia zyskiwałem czas na odpowiedź. Wydawało mi się, że wyjdę obronną ręką, ponieważ oficer przeglądający wykaz sporządzony w Polanówce i jakieś dodatkowe papiery nie oponował i uśmiechał się życzliwie. Wyraziłem wielką ochotę wstąpienia do armii polskiej (Berlinga). Twierdziłem, że nie mam pojęcia, jaka jest różnica między Armią Ludową a Armią Krajową, w połowie czerwca zaś wstąpiłem do pierwszego napotkanego oddziału partyzanckiego, a także, że jestem sierotą -wysiedleńcem z Poznania itp. Nie uwierzono mi, iż ,nie znam żadnego nazwiska wymienionych z pseudonimów kolegów i nie wiem, jak w czasie drogi zniknęła broń. Otrzymałem potężnego kopniaka, a ustawieni Kozacy dołożyli mi nahajkami. Po przesłuchaniu umieszczono nas w szopie pilnowanej przez chłopców z jakiegoś oddziału AL. Staliśmy się przedmiotem zainteresowania żołnierzy i oficerów armii Berlinga. Po cichu wypytywali, skąd nas zgarnęli, jakie ugrupowanie itp., okazując wiele życzliwości. Udzielaliśmy wyczerpujących odpowiedzi, a wypowiadane sądy wprawiały ich w osłupienie i zakłopotanie. My z kolei z wielkim zainteresowaniem oglądaliśmy parciane buty, pasy i worki zamiast plecaków oraz kociołki kościuszkowców. Przyglądający się z oddali starszy wiekiem porucznik przysłał kociołek z zupą i gestem pokazał, abym poszedł z nim. Gdy zameldowałem się, pytał o szereg szczegółów, a potem powiedział: ,,Po umundurowaniu i traktowaniu was, zorientowałem się, kim jesteście. Bądźcie mniej gadatliwi, bo obserwuje was informacja. O zmroku przyniesiesz do mnie kociołek. Teraz powiedz kolegom, żeby nie zwracali na siebie uwagi . Gdy przyszedłem_ w umówionym czasie, ostrzegł, że jeden z naszych jest wtyczką. ,,Możliwe, ze wcielą was do wojska, ale prawdopodobnie wywiozą w głąb Rosji. Chcę wam pomóc w ucieczce, ale nie mam zamiaru wracać, skąd przyszedłem. Dlatego będę rozmawiał tylko z tobą, w cztery oczy i wszystkiego się wyprę w razie konfrontacji. Powiadom kolegów, do których masz pełne zaufanie, również w cztery oczy i bez podawania źródła wiadomości. Jeśli znajdziesz ochotników, odszukasz mnie dla uzgodnienia szczegółów". Zaproponowałem, aby zabrał dla siebie i swoich żołnierzy koce i wszystko, co im się przyda z ekwipunku znajdującego się na naszych wozach. Podziękował, mówiąc, że nie śmiał prosić, ale on marzy o przedwojennym orzełku z koroną. Oddałem mu swój metalowy do czapki, a ponadto wręczyłem oficerski pas z koalicyjką i lekki wełniany koc ze zrzutu. Przysłani żołnierze pozabierali wszystko, a przede wszystkim skórzane pasy, ładownice i plecaki. O świcie, około godz. 4.00 - jak umówiliśmy się - podszedłem z „Lechem" i jednym kolegą z Zamojszczyzny do 3 żołnierzy prowadzących 6 koni do wodopoju poza koszarami. ,,Umiemy poić konie - wymówiłem hasło. A nie boicie się końskich ogonów? -zapytali. My nie strachliwi  - odrzekłem. Trzymać przy pysku -odpowiedzieli i wręczyli uzdy". Nad wodą oddaliśmy konie i w nogi. Umówionych było 5 trójek uciekinierów. Jak mi wiadomo, tego dnia koszary opuściły 3 trójki, wliczając naszą. Co z pozostałymi, nie wiem. Z kolegą z Zamojszczyzny rozstaliśmy się przy drodze na Krasnystaw. Maszerowaliśmy szybko, z rzadka odpoczywając i błogosławiąc „Jemiołę" za zaprawienie nas do długich marszów. Po południu pożegnałem ,,Lecha" w Piaskach. On udał sic do Stryjna, a ja do Lublina. W Kazimierzówce osłabłem. Uświadomiłem sobie, że od rana nie miałem nic w ustach. Wyżebrałem kubek mleka, odpocząłem i około godz. 21.00 byłem w Lublinie przy Al. Racławickich 6. Był to rekordowy marsz w moim życiu. Trasa Chełm -Lublin, ponad 75 km -w ciągu jednego dnia. Nazajutrz zameldowałem się w Komendzie Miasta przy ul. Górnej, a następnie w sztabie Okręgu Lublin przy ul. Złotej u gen. Kazimierza Tumidajskiego „Marcin", aby zrelacjonować przebieg wydarzeń dotyczących zgrupowania „Młota". Jak powiedział oficer, któremu gen. ,,Marcin" polecił mnie przesłuchać, wiele faktów było już znanych. Nowością były wiadomości z etapu po rozbrojeniu. Z powodu przeżyć ostatnich dni i wyczerpania nerwowego powiedziałem, że ujawnianie nie ma sensu. ,,Oni aresztują pana generała i wszystkich, kogo dopadną. Trzeba pryskać, póki jeszcze czas". Komendant przywołał mnie do porządku twierdząc, że dopuszczam się karygodnej niesubordynacji, jaką jest pouczanie i krytykowanie przełożonych. Przeprosiłem go, że ośmieliłem się głośno myśleć wyłącznie z troski, przywiązania i głębokiego szacunku. Przerwał mi ostro i rozkazał, bym następnego dnia złożył na piśmie dokładną i uporządkowaną relację. Gdy purpurowy ze wstydu zacinałem się odmeldowując, dodał ciepłym i łagodnym głosem: ,,Widzę, że wziąłeś się w garść chłopcze, cokolwiek się stanie,  pamiętaj, że jesteśmy żołnierzami i musimy do końca wykonywać rozkazy przełożonych, nawet wtedy, gdy wydają się nam pozbawione sensu". 

Następnego dnia przy ul. Górnej i Złotej urzędowali nowi gospodarze."

Wspomnienia Józefa Gierczaka pochodzą z opracowania "Armia Krajowa na środkowej i południowej Lubelszczyźnie i Podlasiu" pod redakcją prof. Tomasza Strzembosza.

25 lipca, 2022

Akcja w Zastawiu - 24 lipca 1944 r.


24 lipca 1944 r. w Zastawiu rozegrała się jedna z ostatnich bitew partyzantów z BCH, AL i AK z żołnierzami niemieckimi z 17 dywizji pancernej:

"Zastawie to lokalna nazwa niewielkiego lasu przylegającego do zachodniego skraju
wsi Żuków w powiecie bychawskim (wówczas powiat lubelski). 
Przez las ten biegnie droga gruntowa prowadząca przez maleńki przysiółek Lipnik do odległego o trzy kilometry Krzczonowa. Ku tej drodze w dniu 24 lipca ciągnął przez Stryjnę niemiecki oddział z 17 dywizji pancernej liczący około dwustu ludzi i kilka wozów taborowych. Oddział, oskrzydlony
już od północy przez wojska radzieckie, które tego dnia opanowały Lublin, uchodził na
południowy - zachód. W Policzyźnie na krótko zatrzymał się, a żołnierze niemieccy zaczęli dokonywać rekwizycji.
Moment zatrzymania się niemieckiej kolumny wykorzystał dowódca miejscowego
plutonu BCh plutonowy podchorąży Grzegorz Wiącek ps. Nerwus. Dopadłszy roweru popędził do sąsiedniego Żukowa, gdzie była liczna i nieźle uzbrojona placówka BCh, której
komendantem był kapral Józef Warda ps. Wilk, i gdzie miał swoje miejsce postoju komendant oddziałów taktycznych obwodu lubelskiego BCh podporucznik Stanisław Szacoń ps. Pałka.
Powiadomieni o sytuacji dowódcy z miejsca postanowili Niemców zaatakować i
zarządzili alarm bojowy w placówce Żuków oraz w oddziale lotnym BCh podporucznika
Bolesława Chajkowskiego ps. Sosna. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności oddział ten (około czterdziestu partyzantów) znajdował się na terenie Żukowa. Na miejscu był też oficer sztabu obwodu lubelskiego AK porucznik Władysław Moskała ps. Nasz.
Ten ostatni, dowiedziawszy się o podjęciu decyzji zaatakowania niemieckiej kolumny,
polecił „Nerwusowi” bez zwłoki zawiadomić o tym dowództwo rejonu AK w Krzczonowie i
tamtejszą placówkę BCh. Jeszcze przed odjazdem „Nerwusa” do Krzczonowa zapadła decyzja co do miejsca zasadzki. 
Niemieckiej kolumnie z Policzyzny wypadała droga przez Żuków, skąd mogła się skierować trzema trasami: południową - przez szeroki na dwa i pół kilometra las Krzczonów, północną - przez Olszankę, obok lasów Olszanka i Piotrkówek, lub środkową - przez las Zastawie - przysiółek Lipnik. Dwie z tych tras prowadziły do Krzczonowa, trzecia (północna) - do kolonii Piotrków. Najbardziej prawdopodobną, bo najmniej stykającą się z zagrożonymi terenami leśnymi, była trasa środkowa, biegnąca przez las Zastawie. Tutaj postanowiono zorganizować zasadzkę. Decyzja ta była uzasadniona tym bardziej, że stojący w Zastawiu oddział miał pełną swobodę działania zarówno na leśną drogę Żuków - Krzczonów, odległą od lasu Zastawie o sześćset metrów, jak, i na Olszankę (odległość około siedemset metrów). Z decyzją zorganizowania zasadzki w lesie Zastawie „Nerwus” śpiesznie odjechał do Krzczonowa.

Miejscowa placówka od dawna była w stanie gotowości, natomiast wchodząca w jej
skład „anarchistyczna” grupa porucznika Stanisława Smyk - Szumskiego ps. Buńczuk szykowała się właśnie do zasadzki na inną kolumnę niemiecką. Ponieważ wiadomość o trasie marszu kolumny nie była zbyt pewna, porucznik „Buńczuk” chętnie zrezygnował z
zamierzonej akcji i zebrawszy swą grupę podążył z nią ku lasowi krzczonowskiemu.

Równocześnie z tą grupą na miejsce zbiórki przybyli żołnierze zaalarmowanego wcześniej
plutonu Sołtysy, dowodzonego przez plutonowego Wacława Cioczka ps. Rysicki. Wśród nich wyróżniali się szczególnie - szeregowy Feliks Rybak ps. Nożyce i jego małoletni syn, który ku zdumieniu ojca również wyciągnął ze schowka karabin. Pojedynczo i grupkami żołnierze armii podziemnej ciągnęli ku lasowi.

Porucznik „Nasz” przy opracowywaniu planu akcji wziął pod uwagę ukształtowanie terenu, który od Krzczonowa stopniowo podnosił się na przestrzeni dwóch kilometrów, aż poza przysiółek Lipnik. Tutaj też na wzgórzu Lipnika, w odległości około kilometra od lasu, porucznik „Nasz” zamierzał zorganizować zaporę siłami placówki Krzczonów, dysponującej dwoma erkaemami. Na tę zaporę miały zapędzić Niemców oddziały „Wilka” i „Sosny” z siedmioma kaemami i inną bronią wspierającą piechoty. Oddziały te, ukryte w lesie Zastawie, miały uderzyć na tyły i skrzydło niemieckiej o kolumny.

Warunkiem rozpoczęcia tego nieźle pomyślanego ataku było opuszczenie lasu przez niemiecką kolumnę. W lesie bowiem mogła się skutecznie bronić, ponieważ do jego północno - zachodniego krańca przylegał teren starych kamieniołomów, dający najlepsze oparcie. Teren, który na północ od drogi w stronę Olszanki podnosił się i formował w dogodne do obrony wzgórze, niezbyt sprzyjał partyzantom. Jednakże słabość tę wyrównywał fakt, że na tyłach tego wzgórza, w Olszance, stała w pogotowiu miejscowa placówka BCh, dowodzona przez plutonowego Władysława Nogę ps. Boruta. 
Po przeanalizowaniu całego planu porucznik „Nasz” stwierdził, że oddziały „Sosny” i „Wilka”, nad którymi ogólne dowództwo objął „Pałka”, wysunęły się za blisko drogi, tak że w momencie ataku mogłyby się znaleźć pod ogniem krzczonowskiej placówki, albo też ich ruch uniemożliwiłby krzczonowiakom prowadzenie ostrzału. Co więcej, „Pałka” i „Sosna” nie okazali chęci odwlekania ataku i
zamierzali uderzyć na Niemców jeszcze w lesie. Z tych powodów porucznik „Nasz” i przybyły na miejsce komendant placówki podporucznik Franciszek Mardoń ps. Minor zaczęli przesuwać krzczonowiaków ze wzgórza pod Lipnikiem ku lasowi, przedłużając nieco w lewo skrzydło oddziału „Wilka”. Jedna kombinowana drużyna pod dowództwem plutonowego Pawła Gustawa ps. Stal z podchorążymi Włodzimierzem Zawadzkim i Stanisławem Szafrankiem została przez podporucznika „Minora” skierowana na północno - wschodni skraj lasu, gdzie według przewidywań znajdowały się tyły niemieckiej kolumny. 
Drużyna mawyruszyła na wschodnie skrzydło pod przewodnictwem niestrudzonego w tym dniu „Nerwusa”. Tutaj też dołączyli krzczonowscy aelowcy - podporucznik Maksymilian Siemion ps. Satyr i jego zastępca podchorąży Zbigniew Trzebiński ps. Bosman. Porucznik „Buńczuk” dołączył sam, bez podkomendnych, ponieważ polecił swym ludziom dołączyć do macierzystych drużyn [drużyna por. „Buńczuka” składała się z kilkunastu żołnierzy z różnych plutonów placówki Krzczonów].

Jeszcze nie wszystkie siły partyzanckie zdążyły zająć stanowiska, bojowe, gdy około
godziny piętnastej niemiecka kolumna weszła w las i oddziały „Pałki” rozpoczęły energiczny
atak. Zaskoczony nieprzyjaciel, ponosząc duże straty, wycofał się poza drogę Żuków -
Krzczonów, do północno - zachodniego kąta lasu i starych kamieniołomów. Równocześnie momentalnie przyjął front na południe i odpowiedział gęstym ogniem. Konie u wozów taborowych z miejsca zostały wybite, a część Niemców bez namysłu umknęła z lasu i ukryła się w zbożu, nie myśląc o walce. Pojedynczy żołnierze rejterowali na własną rękę, kierując się gdziekolwiek, byle dalej od bitwy.

W chwili rozpoczęcia ataku czoło niemieckiej kolumny wychodziło z lasu szerokiego na trzysta pięćdziesiąt metrów (licząc wzdłuż drogi), natomiast jej ostatnie szeregi właśnie do niego wchodziły. Oddziały partyzanckie zajmowały stanowiska na południe od drogi:
„Sosna” na wschodnim skrzydle, „Wilk” w centrum (między leśną chatą Grzegorza Pawlaka i zabudowaniami Wardy, położonymi już na zachodnim skraju lasu), krzczonowska grupa plutonowego Leszka Figla ps. Płotka [dowódca plutonu Wójtostwo, a równocześnie szef grupy „Buńczuka”] i plutonowego „Rysickiego” - na skrzydle zachodnim, już na polu. Grupa „Stali” była jeszcze w ruchu na skraju wschodniego skrzydła. Na tyłach żukowiaków znajdowała się część ludzi z Krzczonowa z podporucznikiem „Naszym”, podporucznikiem „Minorem”, podporucznikiem „Satyrem” i porucznikiem „Buńczukiem”.

„Sosna” uderzył z rozmachem, zasypując las ogniem. Jego oddział odrzucił Niemców
poza leśną drogę. Od tyłu, po obu stronach drogi, nacierała grupa plutonowego „Stali”,
również strzelając zażarcie, chociaż nieprzyjaciel był całkiem niewidoczny. Wśród strzelaniny nietrudno było o własne ofiary. Tak prawdopodobnie kula kolegi przeszyła policzek podchorążego Stanisława Szafranka, którego odtransportowano do punktu sanitarnego.

Ogólny chaos utrudniał dowodzenie. Gdy nacierająca grupa podporucznika „Sosny”
została powstrzymana gęstym ogniem już broniących się Niemców, zatrzymała się i grupa „Stali”, chociaż ciągle jeszcze nie miała bezpośredniej styczności z nieprzyjacielem. 
W pewnym momencie ktoś zawołał: „Cofamy się!” i grupa „Stali” odeszła na stanowiska wyjściowe na wschodnim skraju lasu., Pchnął ją znów do ataku rozkaz podporucznika „Sosny”, który przybył tylko na chwilę i zaraz wrócił do swojego oddziału. Jednak atak grupy „Stali” zakończył się podobnym wynikiem co poprzednio.
Najgorętsza walka toczyła się w pobliżu zabudowań Grzegorza Pawlaka i Andrzeja
Mazura, na zachodnim skraju lasu Zastawie. Obok broni ręcznej i maszynowej z obu stron
poszły w ruch granaty. Zaczęli padać zabici i ranni partyzanci. Poległ Stanisław Wójcik,
dowódca plutonu z Żukowa i mieszkaniec tejże wsi Józef Kura ps. Bystry. Na linii padł też zabity niezmordowanie krążący między oddziałami „Nerwus”. Ranny został przy erkaemie „Wilk”. Ten sam los spotkał podporucznika „Pałkę”, w momencie kiedy usiłował przenieść „Wilka” w bezpieczne miejsce. Obydwu odstawili do punktu sanitarnego ich podkomendni - Józef Mełgieś i Jan Rusinek. Rannym udzielił pomocy lekarz z Krzczonowa Józef Kulczycki.

Mimo że z pierwszego starcia Niemcy wyszli stosunkowo obronną ręką, wkrótce doszli
do wniosku, że ich los jest więcej niż niepewny. Z trzech stron otaczali ich partyzanci, ostrzeliwując silnie z broni maszynowej i ręcznej. O odwrocie nie mogło być mowy, a oddział poniósł już duże straty. Sytuacja ta spowodowała wśród Niemców upadek ducha. Kiedy z oddziału „Sosny” wezwano ich do poddania się, kilku Niemców wyszło na wschodni skraj lasu z podniesionymi rękami. Ale komenda „Sosny”, nakazująca przerwanie ognia, obiegła tylko najbliższy odcinek. Z innych oddziałów nadal prowadzono ostrzał, który zapędził poddających się Niemców z powrotem do ich kryjówek.

Przykry wypadek miał strzelec „Nożyce”. Kiedy udało mu się zaskoczyć ukrytego
Niemca, ten na komendę „ręce do góry” posłusznie podniósł ręce i dźwignął się na klęczki, ale na kolanach pozostawił karabin. Gdy „Nożyce” podszedł, by go rozbroić, Niemiec porwał za broń i złożył się do strzału. Na szczęście inny partyzant trzymał wroga na muszce, dzięki czemu uprzedził go i położył trupem. „Nożyce” oberwał jednak kulą przez obie nogi.
Krwawe żniwo zbierali teraz krzczonowiacy, do których dołączyła grupka żołnierzy z
oddziału łączności AK porucznika Leona Rembarza ps. Dołęga. W upartej, przedłużającej się walce padli zabici: podchorąży „Nerwus”, Józef Januszek z Żukowa i Henryk Kędziora z oddziału „Sosny”. Wyniesiono rannych: plutonowego Jana Skaleckiego ps. Korbel, kapralaJózefa Rzeczyckiego, podporucznika „Satyra”, Władysława Mączkę, sanitariusza Józefa
Misztala, Czesława Ponieważa, Józefa Leśko i Zielińskiego z oddziału „Dołęgi”. Postrzał
przez pośladki otrzymał dowódca placówki Krzczonów podporucznik „Minor”.
Szwankowało dowodzenie, mimo że na miejsce boju przybył komendant obwodu
lubelskiego AK major Stanisław Piotrowski ps. Jar, a przy oddziałach było też kilku innych
oficerów. Walka stawała się coraz bardziej chaotyczna. Partyzantom zaczęło brakować
amunicji, gdyż młodzi, nie otrzaskani w walce, żołnierze część jej zmarnowali w bezużytecznej strzelaninie. Sytuację uratowało nieco przybycie szefa placówki Krzczonów,
chorążego Józefa Jodłowskiego ps. Szary Wilk, który z magazynu rejonowego dowiózł
amunicję i rozwinął punkt amunicyjny, o czym jednak nie do wszystkich odcinków dotarła
wiadomość.

Odgłosy walki ściągnęły nowe siły partyzanckie. Po „pająkach” od „Dołęgi”
przybyło kilku żołnierzy z oddziału partyzanckiego AK porucznika Tadeusza Sowy ps. Spartanin. Zasygnalizowano gotowość innych jeszcze grup okolicznych. Ale natężenie walki zmniejszało się.
Rozładowawszy przywieziony zapas amunicji, chorąży „Szary Wilk” z wozem udał się na punkt sanitarny, by wziąć udział w ewakuacji rannych. Odwieziono ich do polowego
szpitala w Walentynowie, gdzie rannymi zajęli się lekarze: Józef Kulczycki z Krzczonowa i Albin Spoz z Piask Lubelskich oraz sanitariuszka Anna Wilczyńska.

Na krótko poruszyło się jeszcze wschodnie skrzydło - grupa plutonowego „Stali”.
Któryś z jego ludzi wypatrzył mianowicie ścieżki w zbożu, jakie pozostawili za sobą Niemcy, zbiegli podczas pierwszego ataku partyzantów. Na skrzydle zjawili się właśnie żołnierze placówki Krzczonów - dowódca plutonu Sołtysy plutonowy „Rysicki” i podchorąży Włodzimierz Zawadzki. Ten ostatni bez namysłu skierował się po śladach w zboże z bronią gotową do strzału. Za nim ruszył Władysław Ciężki i inni: Za chwilę zaczęło rozbrzmiewać głośne „Hände hoch!”, a ze zboża zaczęły się podnosić coraz liczniejsze ręce. Jak się okazało, ścieżki prowadziły do ukrytych Niemców. Partyzanci zagarnęli około dziesięciu jeńców. Zabrano im broń - same karabiny, przeważnie zagwożdżone.
Wokół majora „Jara” zgromadzili się jego podkomendni: porucznik „Nasz”, Marian
Pedański i świeżo przybyły sierżant „Niedzielski” – komendant rejonowej szkoły
podoficerskiej w Wilczopolu. Ten ostatni przyniósł wiadomość, że w Chmielu są już wojska radzieckie. Postanowiono więc zwrócić się do nich o pomoc w likwidacji otoczonych Niemców. Z misją tą pojechał konno Marian Pedański, który pożądany kontakt nawiązał; było już jednak zbyt późno, aby formacje radzieckie, zajęte zresztą wykonywaniem swych własnych zadań bojowych, mogły zdążyć na miejsce bitwy.
Mijała czwarta godzina walki, szybko zbliżał się wieczór, ale bój jeszcze trwał.
Nieoczekiwanie grupa „Stali” została ostrzelana spomiędzy zabudowań Żukowa ogniem broni maszynowej. Niemcom przyszła na pomoc odsiecz. Na pole wtoczyły się spóźnione w ogólnym odwrocie wozy pancerne, To zadecydowało o wyniku starcia. Skrzydłowa grupa pod ogniem pancerek rozbiła się na dwie części. Jedna część z plutonowym „Rysickim” wycofała się do lasu, druga z porucznikiem „Buńczukiem” odeszła na północ, do pobliskiego jaru.
Pozostałe grupy partyzanckie, zawiadomione przez „Rysickiego” o nadejściu broni pancernej, wycofały się do lasu nadleśnictwa Krzczonów. Niemcy pod osłoną wozów pancernych zebrali rannych, pochowali swoich zabitych i spaliwszy przysiółek Lipnik, stanęli w polu na ubezpieczonym postoju. Dopiero o świcie podjęli dalszy marsz odwrotowy ku Wiśle.

W nocy oddziały partyzanckie dokonały obliczeń strat własnych. Jak się okazało, siedmiu partyzantów poległo, a dwudziestu pięciu odniosło rany, w kilku przypadkach bardzo ciężkie."



Tekst jest przedrukiem z reportażu Leszka Siemiona pt. "Zastawie". 
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://zspkrzczonow.pl/gminny-dzien-pamieci-zastawie-14-lipca-2019/.

06 lipca, 2022

Nowy pomnik dla por. Bystrzyckiego

 Z dużą radością przyjęliśmy wiadomość o rozpisaniu przetargu na wykonanie nagrobka na mogile por. Ewarysta Bystrzyckiego ps. "Laweta", żołnierza ZWZ-AK, walczącego w oddziałach "Szarugi" i "Jemioły", rannego w walkach pod Bychawą 25 lipca 1944 r. 

Od lat społecznie zajmujemy się kwaterą partyzancką, grób "Lawety" udało się uratować  niemal w ostatniej chwili. Widok był opłakany: pośrodku wysokich na ponad metr skrzypów stał stary krzyż, jedno ramię odpadło ze starości, i pewnie nie zwrócilibyśmy na niego uwagi, gdyby nie przytwierdzona do niego plakieta z odznaką Krzyża Armii Krajowej. Wtedy krzyż udało się jeszcze poskładać, przywieźliśmy ziemię do rekonstrukcji mogiły, obsadziliśmy grób roślinami. Jednak wiedzieliśmy, że prędzej czy później trzeba będzie grób gruntownie odnowić, o co zabiegaliśmy kilkukrotnie w UM Bychawa. Dopiero rozmowa z przedstawicielem IPN nadała sprawie szybszy bieg - za pomoc serdecznie dziękujemy. Bardzo cieszymy się, że wiekowy już, drewniany krzyż zastąpi nagrobek godny bohatera walk o wolność naszej Ojczyzny. 


W Biuletynie Informacji Publicznej UM w Bychawie możemy wyczytać że przedmiotem zamówienia jest "remont mogiły Ewarysta Bystrzyckiego (żołnierza Armii Krajowej), położonej na cmentarzu parafialnym w Bychawie".

Termin wykonania zamówienia – do dnia 20 października 2022 r.

Opis przedmiotu zamówienia:

Remont mogiły Ewarysta Bystrzyckiego (żołnierza Armii Krajowej), położonej na cmentarzu parafialnym w Bychawie, polegać będzie na wykonaniu nowego granitowego pomnika (w formie stosowanej na grobach wojennych) w miejscu istniejącej mogiły ziemnej.

Zakres prac planowanych do wykonania:

1) Wykonanie płyty żelbetonowej na której posadowiony  będzie   nagrobek o wymiarach: 120 cm x 230 cm, grubości nim. 10 cm. (Podane wymiaru są orientacyjne i mogą podlegać minimalnej modyfikacji).

2) Wykonanie nagrobka z granitu strzegomski w odcieniach szarości o kształcie i wymiarach zgodnych z załączonym rysunkiem wykonawczym (załącznik – 2).

3) Na nagrobku należy zamieścić (wygrawerować) napis:

TU SPOCZYWA
EWARYST BYSTRZYCKI
UR. 30. VIII.1921 R.
ŻOŁNIERZ ZWZ I AK
ARESZTOWANY PRZEZ URZĄD BEZPIECZEŃSTWA PUBLICZNEGO
WIĘZIONY NA ZAMKU LUBELSKIM
ZM.14.XII.1945 R.
CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI


Poniżej przedstawiamy projekt według którego ma zostać wykonany pomnik: 

Link do strony z zamówieniem publicznym na remont mogiły: 



Jak wynika z oferty, w projekcie pomnika nie uwzględniono odznaczenia Krzyż Armii Krajowej, które dotychczas zamocowane było na drewnianym krzyżu. Odznaczenie to zawsze było integralną częścią mogiły por. Bystrzyckiego i powinno zostać przeniesione na nowy nagrobek. Nasza grupa złożyła w tej sprawie pismo do Burmistrz Miasta Bychawy, jako do zleceniodawcy prac, jednak do dnia dzisiejszego pozostaje ono bez odpowiedzi. 

8 czerwca pod ofertą ukazała się informacja o wyborze wykonawcy remontu:

"Na wykonawcę zadania pn.: „Remont mogiły Ewarysta Bystrzyckiego (żołnierza Armii Krajowej), położonej na cmentarzu parafialnym w Bychawie” wybrano firmę:

Zakład Kamieniarski Patryk Łobodziński ul. Lubelska 18, 23-100 Bychawa,
która zaproponowała najkorzystniejszą cenę tj.: 17 500,00 zł 

Ceny brutto pozostałych złożonych ofert:
 – 37 010,70 zł 
– 57 810,00 zł "

Cieszymy się, że wykonania nagrobka podjął się przedsiębiorca z Bychawy, mogiły partyzantów na cmentarnym wzgórzu to część naszej wspólnej, lokalnej historii. 
Panu Patrykowi gratulujemy wygranej, obiecujemy pilnie przyglądać się postępowi prac. 
Obiecałam to pewnemu starszemu panu, bardzo zatroskanemu o los grobów współtowarzyszy walki, który niedawno zameldował się u dowódcy w niebie. 




W partyzantce u "Spartanina" - wspomnienia Edwarda Zapolskiego-Kusego ps. "Mściwój".

Poniższy tekst jest fragmentem wspomnień Edwarda Zapolskiego -Kusego "Raport z jednego życia. Wypiłem bruderszaft z historią". Cał...