23 lipca 1944 r. po koncentracji w okolicy - Żabiej Woli batalion kpt. Konrada Szmedinga "Młota" kontynuował marsz na Lublin. O dalszych wypadkach dowiadujemy się z relacji żołnierza oddziału cc. Czesława Rossinskiego "Jemioły" - strz. Józefa Wiktora Gierczaka ps. "Wiktor":
"W trakcie marszu napotykano patrole kawalerii radzieckiej, którym przekazywano schwytanych w zbożu Niemców, a zwiad konny „Nerwy" likwidował ostatnie grupy cofającego się nieprzyjaciela. W celu uniknięcia ataku przez samoloty radzieckie rozkładano - według uzgodnionego wcześniej kodu - białe trójkątne i prostokątne płachty. w drodze na Lublin samoloty kilkakrotnie pikowały na kolumnę, lecz gdy dostrzegły sygnały, machały przyjaźnie skrzydłami i odlatywały we wskazanym przez oddział kierunku. Tak dotarto do Polanówki, gdzie zetknięto się ze sztabem jednostki kawalerii radzieckiej, a kpt. ,,Młot" dokonał aktu ujawnienia. Oficer w stopniu pułkownika w serdecznych słowach podziękował kpt. ,,Młotowi" za współpracę i pomoc w gromieniu faszystów oraz wyraził uznanie i podziw dla dzielności partyzantów polskich. Żołnierze witali akowców z prawdziwie słowiańską serdecznością, częstując machorką i cebulą.
![]() |
23 lipca 1944, Polanówka k. Lublina; trzeci od lewej: Czesław Rossiński "Jemioła”, czwarty: por. Wojciech Rokicki "Newa”, szósty: por. Stanisław Łukasik "Ryś”. |
Zgrupowanie nasze, tzn. oddział „Nerwy" (II kompania OP 8), ,,Jemioły" (III kompania OP 8) oraz „Rysia" (V kompania OP 8), liczyło około 450-500 ludzi i prezentowało się znakomicie. Po dozbrojeniu się w ostatnich dniach mieliśmy dużo broni automatycznej (pm-y), krótkiej oraz piaty i rusznice ppanc. Solidne wozy taborowe, zaprzężone w silne konie, załadowane były zapasową amunicją, a nawet nadliczbową bronią, plecakami, kocami, pałatkami i innym ekwipunkiem oraz żywnością. Umundurowanie było w większości zrzutowe i niemieckie - w oddziale „Jemioły", oraz niemieckie w oddziałach „Nerwy" i „Rysia". Żołnierze posiadali skórzane pasy i ładownice, chlebaki, koce i inny ekwipunek, stanowiący przedmiot pożądania żoł nierzy radzieckich. Organizacja i dyscyplina były wzorowe. Rozlokowaliśmy się oddziałami, utrzymując pogotowie alarmowe. Wydano nam suchy prowiant, tj. kiełbasę, słoninę i po kawałku chleba. Prowadzone przez kpt. ,,Młota" i naszych oficerów rozmowy z oficerami radzieckimi co do dalszych losów zgrupowania nie były pomyślne. Strona radziecka ciągle zmieniała decyzje, tłumacząc się brakiem kompetencji i rozkazów z góry. Narastała atmosfera napięcia, niepewności i nieufności. Zapadła noc. O świcie zobaczyliśmy dokoła nowe oddziały kawalerii radzieckiej, a przez lornetki wymierzone w naszym kierunku działa. Rano przybyli do nas wyżsi oficerowie radzieccy. Jeden z nich, pułkownik, oświadczył, że jest upoważniony do pertraktacji, a jednocześnie do udzielenia nam wiążących wyjaśnień i rozkazów. Kapitan „Młot" powtórzył akt ujawniania, na co wyżej wymieniony pułkownik zażądał dokładnego wykazu partyzantów, zawierającego: pseudonimy, imię i nazwisko, imię ojca i matki, nazwisko panieńskie matki, datę urodzenia, wykształcenie, zawód, dokładne miejsce zamieszkania oraz dokładną datę wstąpienia do organizacji i oddziału. Nikt z nas nie posiadał autentycznego dowodu osobistego, mała grupa miała dowody fałszywe, a nieliczni znali się osobiście. W czasie dokonywania spisu większość podawała nieprawdziwe dane. Mogłem to stwierdzić, słysząc podawane personalia przez dobrze znanych mi kolegów oraz zgodne z zawartymi w fałszywych dowodach, a także na podstawie późniejszych rozmów. Oficerowie radzieccy nie byli zadowoleni ze spisów. Lista była zbyt mała, a wszystko wskazywało na to, że posiadają własne wykazy. Po pewnym czasie zarządzono zbiórkę oddziałów. Przemawiał wspomniany już pułkownik radziecki, a „Jemioła" na żywo tłumaczył jego wypowiedź, a właściwie ultimatum. Pułkownik powiedział, że armia radziecka nie może tolerować na swoich tyłach i w strefie swego działania żadnych uzbrojonych oddziałów, nawet sojuszniczych, nie wchodzących w skład zorganizowanych jednostek wojskowych, podporządkowanych dowództwu radzieckiemu. Powiedział również, że będziemy mogli bić faszystów, pod warunkiem, że wstąpimy do armii polskiej, organizowanej przez PKWN. W tym celu mamy złożyć broń na wozy, na których mogą pozostać tylko powożący i chorzy, a kolumna ustawi się oddziałami przed taborem, po czym pod eskortą zostanie odprowadzona do Lublina. Dodał ponadto, że opuszczenie oddziału będzie traktowane jako dezercja i każdy uciekinier zostanie rozstrzelany. Zostaną rozstrzelani także wszyscy oficerowie zgrupowania, których czyni się odpowiedzialnymi za dotarcie kolumny w całości do miejsca przeznaczenia. W przypadku nie podporządkowania się wyżej wymienionym zarządzeniom zgrupowanie będzie potraktowane jako oddział wroga i zlikwidowane siłą. Zapadła grobowa cisza. Po chwili dowódcy nasi złożyli ostry protest przeciwko niezgodnemu z normami międzynarodowymi traktowaniu wojsk sojuszniczych, ale bez rezultatu. Witający nas wczoraj tak serdecznie pułkownik powiedział, że jest mu bardzo przykro, ale jako żołnierz wykonuje rozkazy, a do polityki nie miesza się. Nastąpił moment przygnębienia, a nawet załamania. Jeden z żołnierzy, chyba od „Rysia", strzelił sobie w usta. Ogarnęło nas poczucie krzywdy. Jeszcze wczoraj ponosiliśmy ofiary na polu walki w imię zobowiązań sojuszniczych, a już dzisiaj jesteśmy przez tegoż sojusznika pozbawieni prawa wejścia do Lublina z bronią w ręku, pod sztandarem Armii Krajowej, powołanej przez Rząd Rzeczypospolitej Polskiej, której przysięgaliśmy wierność. Fatalny nastrój rozładował „Jemioła", mówiąc do nas donośnym głosem. ,,Chłopcy, kurwa mać, weźcie się w garść! Na wojnie, jak na wojnie! Raz na wozie, raz przed wozem! W myśl Konwencji Genewskiej żołnierz ma prawo uciekać z niewoli i nikt nie może pozbawić go tego prawa. Nie można też karać przełożonych za ucieczkę podkomendnych. Nie wiem, czy Związek Sowiecki przestrzega przepisów Konwencji Genewskiej, ale jeńcami to chyba jesteśmy. Jeśli nadal macie zaufanie do nas jako dowódców nie spieszcie się z dawaniem powodów do rozwałki. My znajdziemy rozsądne wyjście. Przygotować się do wymarszu. Rozejść się!".
,,Młot" rozkazał podzielić między żołnierzy zawartość kasy zgrupowania, tytoń, bibułkę do papierosów oraz wszystko to, co nie stanowiło wyposażenia wojskowego. Wypadło po 500 zł, parę dekagramów tytoniu, kilkadziesiąt książeczek bibułki na osobę. Szczęśliwcy otrzymali lepszą bieliznę i buty. W tym czasie zniknęły - ukryte przez partyzantów - pm-y, broń krótka, granaty i lornetki. Na wozy złożono rusznice ppanc., Ikm-y i rkm-y, kb i część amunicji. Przy wymarszu okazało się, ze zgrupowanie zmalało do połowy. Oddział „Rysia" rozpłynął się w terenie, a w oddziałach „Nerwy" i „Jemioły" brakowało ludzi nie umundurowanych. Podano szeptem po linii rozkaz, aby rozciągnąć kolumnę, pozorując większą liczbę. ,,Jemioła" zapewnił, że w odpowiednim momencie wyda rozkaz do ucieczki. Maszerowaliśmy w skwarze upalnego dnia, rzadko odpoczywając, w następującej kolejności: II kompania „Nerwy", a za nią III kompania „Jemioły", obstawieni gęstym szpalerem milczących Kozaków z bronią gotową do strzału. Dokuczało pragnienie i głód, ponieważ zapas słoniny i kiełbasy uległ w upale zepsuciu, a mąka z wozów taborowych zginęła już pierwszego dnia. Prowadzący kolumnę nakazał skręcić na wschód. Zakomunikował nam, że w Lublinie trwają walki, wobec czego idziemy do Piask, gdzie spotkamy armię Berlinga. Podczas przemarszu przez wioski wzburzone tłumy obrzucały II kompanię „Nerwy" kamieniami. Okazało się, że eskorta informowała ludność, iż prowadzi jeńców niemieckich. Otrzymaliśmy więc rozkaz, aby wszyscy w mundurach zrzutowych z oddziału „Jemioły" przeszli na czoło kolumny i zastąpili „nerwiaków" w mundurach niemieckich. Sytuacja zmieniła się diametralnie. Ludność rzucała nam chleb i podawała mleko, pomstując na sojuszników. Przed Piaskami zmieniono marszrutę w kierunku na Chełm. Prowadzący kolumnę powiedział nam, że armia Berlinga nie dotarła do Piask i oczekuje nas w Chełmie. Nie potrafię dzisiaj dokładnie odtworzyć naszej wędrówki. Pewne fragmenty utkwiły mi w pamięci, inne zupełnie się zatarły. Pamiętam upał, zmęczenie, pragnienie, głód oraz straszliwe napięcie. Obrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Mogłem jak inni przebrać się w cywilne ubranie lub pozostać w stodole w pierwszej lepszej wsi. Postanowiłem jednak czekać na rozkaz „Jemioły", do którego miałem ogromne zaufanie. Był on, nie tylko dla mnie, wzorem żołnierza i dowódcy. Moment taki nastąpił między Piaskami a Chełmem, chyba w miejscowości Cyganka. ,,Jemioła" podszedł do kilku z nas i cicho powiedział: ,,Chłopcy, nie ma co czekać na oklaski. Jeżeli nie pryśniemy teraz, to później będzie trudniej. Zakupiliśmy bimber i Kozaków ugoszczą gospodarze. Uciekać pojedynczo, nie wzbudzając podejrzeń. Potrzebuję ochotników, którzy będą się kręcili, pozorując wartę przy taborach. Reszta idzie spać do stodół, a stamtąd pojedynczo w pole". Wraz z „Lechem" i kilkoma innymi zgłosiłem się na wartę, obserwując, jak przebiega akcja „noga". ,,Jemioła" i Żuraw" obaj z grabiami i kosą na wozie, powiedzieli konwojentowi, że muszą przywieźć z pola paszę dla koni. Inni, korzystając z nieuwagi podchmielonych Kozaków, wymykali się niepostrzeżenie. Wsypa nastąpiła wtedy, kiedy jeden z partyzantów, chyba „Toporek", nie zatrzymał się na wezwanie i zaczął uciekać. Strzały zaalarmowały konwojentów. Powstało piekło. Jedni rozjechali się szukać uciekinierów, inni zarządzili zbiórkę. Zostało nas około 25. ,,Toporka obiecano rozstrzelać w Chełmie. Od tej pory jechaliśmy do Chełma na wozach, a konwój został odpowiednio zmniejszony. Powoziłem wozem wyładowanym kocami, plecakami, pasami, ładownicami itp. Zapytałem jednego z konwojentów, czy nie zechciałby przyjąć na pamiątkę angielskiego koca lub plecaka. Odpowiedział, że nie wolno mu z nami rozmawiać, ale weźmie skórzany pas, jak inni nie będą patrzeć. Jechał odtąd obok mojego wozu, wybierając trofea. ,,Lech" zaczął go przekonywać, że szkoda „Toporka", bo chciał wrócić do chorej matki, a ojca i 2 braci zabili Niemcy. ,,Niech idzie za swoją potrzebą i schowa się w snopkach. Ja nie muszę widzieć" - odpowiedział Kozak i dotrzymał słowa. Do koszar w Chełmie dotarło nas około 20 na 8-9 wozach z małą liczbą broni. Pojedynczo wzywano nas na przesłuchanie, z którego koledzy wyskakiwali z dużym przyspieszeniem, wołając „biją". Wprowadzono mnie jako piątego do długiego pomieszczenia, wzdłuż którego stali Kozacy (?) z nahajkami. Zameldowałem się generałowi radzieckiemu, siedzącemu za stołem z kilkoma oficerami informacji i NKWD. Podałem życiorys, personalia swoje i rodziców oraz odpowiedziałem na szereg, często oderwanych pytań. Udawałem mało rozgarniętego chłopaka, nie interesującego się polityką i nie znającego języka rosyjskiego. W trakcie tłumaczenia zyskiwałem czas na odpowiedź. Wydawało mi się, że wyjdę obronną ręką, ponieważ oficer przeglądający wykaz sporządzony w Polanówce i jakieś dodatkowe papiery nie oponował i uśmiechał się życzliwie. Wyraziłem wielką ochotę wstąpienia do armii polskiej (Berlinga). Twierdziłem, że nie mam pojęcia, jaka jest różnica między Armią Ludową a Armią Krajową, w połowie czerwca zaś wstąpiłem do pierwszego napotkanego oddziału partyzanckiego, a także, że jestem sierotą -wysiedleńcem z Poznania itp. Nie uwierzono mi, iż ,nie znam żadnego nazwiska wymienionych z pseudonimów kolegów i nie wiem, jak w czasie drogi zniknęła broń. Otrzymałem potężnego kopniaka, a ustawieni Kozacy dołożyli mi nahajkami. Po przesłuchaniu umieszczono nas w szopie pilnowanej przez chłopców z jakiegoś oddziału AL. Staliśmy się przedmiotem zainteresowania żołnierzy i oficerów armii Berlinga. Po cichu wypytywali, skąd nas zgarnęli, jakie ugrupowanie itp., okazując wiele życzliwości. Udzielaliśmy wyczerpujących odpowiedzi, a wypowiadane sądy wprawiały ich w osłupienie i zakłopotanie. My z kolei z wielkim zainteresowaniem oglądaliśmy parciane buty, pasy i worki zamiast plecaków oraz kociołki kościuszkowców. Przyglądający się z oddali starszy wiekiem porucznik przysłał kociołek z zupą i gestem pokazał, abym poszedł z nim. Gdy zameldowałem się, pytał o szereg szczegółów, a potem powiedział: ,,Po umundurowaniu i traktowaniu was, zorientowałem się, kim jesteście. Bądźcie mniej gadatliwi, bo obserwuje was informacja. O zmroku przyniesiesz do mnie kociołek. Teraz powiedz kolegom, żeby nie zwracali na siebie uwagi . Gdy przyszedłem_ w umówionym czasie, ostrzegł, że jeden z naszych jest wtyczką. ,,Możliwe, ze wcielą was do wojska, ale prawdopodobnie wywiozą w głąb Rosji. Chcę wam pomóc w ucieczce, ale nie mam zamiaru wracać, skąd przyszedłem. Dlatego będę rozmawiał tylko z tobą, w cztery oczy i wszystkiego się wyprę w razie konfrontacji. Powiadom kolegów, do których masz pełne zaufanie, również w cztery oczy i bez podawania źródła wiadomości. Jeśli znajdziesz ochotników, odszukasz mnie dla uzgodnienia szczegółów". Zaproponowałem, aby zabrał dla siebie i swoich żołnierzy koce i wszystko, co im się przyda z ekwipunku znajdującego się na naszych wozach. Podziękował, mówiąc, że nie śmiał prosić, ale on marzy o przedwojennym orzełku z koroną. Oddałem mu swój metalowy do czapki, a ponadto wręczyłem oficerski pas z koalicyjką i lekki wełniany koc ze zrzutu. Przysłani żołnierze pozabierali wszystko, a przede wszystkim skórzane pasy, ładownice i plecaki. O świcie, około godz. 4.00 - jak umówiliśmy się - podszedłem z „Lechem" i jednym kolegą z Zamojszczyzny do 3 żołnierzy prowadzących 6 koni do wodopoju poza koszarami. ,,Umiemy poić konie - wymówiłem hasło. A nie boicie się końskich ogonów? -zapytali. My nie strachliwi - odrzekłem. Trzymać przy pysku -odpowiedzieli i wręczyli uzdy". Nad wodą oddaliśmy konie i w nogi. Umówionych było 5 trójek uciekinierów. Jak mi wiadomo, tego dnia koszary opuściły 3 trójki, wliczając naszą. Co z pozostałymi, nie wiem. Z kolegą z Zamojszczyzny rozstaliśmy się przy drodze na Krasnystaw. Maszerowaliśmy szybko, z rzadka odpoczywając i błogosławiąc „Jemiołę" za zaprawienie nas do długich marszów. Po południu pożegnałem ,,Lecha" w Piaskach. On udał sic do Stryjna, a ja do Lublina. W Kazimierzówce osłabłem. Uświadomiłem sobie, że od rana nie miałem nic w ustach. Wyżebrałem kubek mleka, odpocząłem i około godz. 21.00 byłem w Lublinie przy Al. Racławickich 6. Był to rekordowy marsz w moim życiu. Trasa Chełm -Lublin, ponad 75 km -w ciągu jednego dnia. Nazajutrz zameldowałem się w Komendzie Miasta przy ul. Górnej, a następnie w sztabie Okręgu Lublin przy ul. Złotej u gen. Kazimierza Tumidajskiego „Marcin", aby zrelacjonować przebieg wydarzeń dotyczących zgrupowania „Młota". Jak powiedział oficer, któremu gen. ,,Marcin" polecił mnie przesłuchać, wiele faktów było już znanych. Nowością były wiadomości z etapu po rozbrojeniu. Z powodu przeżyć ostatnich dni i wyczerpania nerwowego powiedziałem, że ujawnianie nie ma sensu. ,,Oni aresztują pana generała i wszystkich, kogo dopadną. Trzeba pryskać, póki jeszcze czas". Komendant przywołał mnie do porządku twierdząc, że dopuszczam się karygodnej niesubordynacji, jaką jest pouczanie i krytykowanie przełożonych. Przeprosiłem go, że ośmieliłem się głośno myśleć wyłącznie z troski, przywiązania i głębokiego szacunku. Przerwał mi ostro i rozkazał, bym następnego dnia złożył na piśmie dokładną i uporządkowaną relację. Gdy purpurowy ze wstydu zacinałem się odmeldowując, dodał ciepłym i łagodnym głosem: ,,Widzę, że wziąłeś się w garść chłopcze, cokolwiek się stanie, pamiętaj, że jesteśmy żołnierzami i musimy do końca wykonywać rozkazy przełożonych, nawet wtedy, gdy wydają się nam pozbawione sensu".
Następnego dnia przy ul. Górnej i Złotej urzędowali nowi gospodarze."
Wspomnienia Józefa Gierczaka pochodzą z opracowania "Armia Krajowa na środkowej i południowej Lubelszczyźnie i Podlasiu" pod redakcją prof. Tomasza Strzembosza.

.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz