24 lipca 1944 r. w Zastawiu rozegrała się jedna z ostatnich bitew partyzantów z BCH, AL i AK z żołnierzami niemieckimi z 17 dywizji pancernej:
"Zastawie to lokalna nazwa niewielkiego lasu przylegającego do zachodniego skraju
wsi Żuków w powiecie bychawskim (wówczas powiat lubelski).
Przez las ten biegnie droga gruntowa prowadząca przez maleńki przysiółek Lipnik do odległego o trzy kilometry Krzczonowa. Ku tej drodze w dniu 24 lipca ciągnął przez Stryjnę niemiecki oddział z 17 dywizji pancernej liczący około dwustu ludzi i kilka wozów taborowych. Oddział, oskrzydlony
już od północy przez wojska radzieckie, które tego dnia opanowały Lublin, uchodził na
południowy - zachód. W Policzyźnie na krótko zatrzymał się, a żołnierze niemieccy zaczęli dokonywać rekwizycji.
Moment zatrzymania się niemieckiej kolumny wykorzystał dowódca miejscowego
plutonu BCh plutonowy podchorąży Grzegorz Wiącek ps. Nerwus. Dopadłszy roweru popędził do sąsiedniego Żukowa, gdzie była liczna i nieźle uzbrojona placówka BCh, której
komendantem był kapral Józef Warda ps. Wilk, i gdzie miał swoje miejsce postoju komendant oddziałów taktycznych obwodu lubelskiego BCh podporucznik Stanisław Szacoń ps. Pałka.
Powiadomieni o sytuacji dowódcy z miejsca postanowili Niemców zaatakować i
zarządzili alarm bojowy w placówce Żuków oraz w oddziale lotnym BCh podporucznika
Bolesława Chajkowskiego ps. Sosna. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności oddział ten (około czterdziestu partyzantów) znajdował się na terenie Żukowa. Na miejscu był też oficer sztabu obwodu lubelskiego AK porucznik Władysław Moskała ps. Nasz.
Ten ostatni, dowiedziawszy się o podjęciu decyzji zaatakowania niemieckiej kolumny,
polecił „Nerwusowi” bez zwłoki zawiadomić o tym dowództwo rejonu AK w Krzczonowie i
tamtejszą placówkę BCh. Jeszcze przed odjazdem „Nerwusa” do Krzczonowa zapadła decyzja co do miejsca zasadzki.
już od północy przez wojska radzieckie, które tego dnia opanowały Lublin, uchodził na
południowy - zachód. W Policzyźnie na krótko zatrzymał się, a żołnierze niemieccy zaczęli dokonywać rekwizycji.
Moment zatrzymania się niemieckiej kolumny wykorzystał dowódca miejscowego
plutonu BCh plutonowy podchorąży Grzegorz Wiącek ps. Nerwus. Dopadłszy roweru popędził do sąsiedniego Żukowa, gdzie była liczna i nieźle uzbrojona placówka BCh, której
komendantem był kapral Józef Warda ps. Wilk, i gdzie miał swoje miejsce postoju komendant oddziałów taktycznych obwodu lubelskiego BCh podporucznik Stanisław Szacoń ps. Pałka.
Powiadomieni o sytuacji dowódcy z miejsca postanowili Niemców zaatakować i
zarządzili alarm bojowy w placówce Żuków oraz w oddziale lotnym BCh podporucznika
Bolesława Chajkowskiego ps. Sosna. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności oddział ten (około czterdziestu partyzantów) znajdował się na terenie Żukowa. Na miejscu był też oficer sztabu obwodu lubelskiego AK porucznik Władysław Moskała ps. Nasz.
Ten ostatni, dowiedziawszy się o podjęciu decyzji zaatakowania niemieckiej kolumny,
polecił „Nerwusowi” bez zwłoki zawiadomić o tym dowództwo rejonu AK w Krzczonowie i
tamtejszą placówkę BCh. Jeszcze przed odjazdem „Nerwusa” do Krzczonowa zapadła decyzja co do miejsca zasadzki.
Niemieckiej kolumnie z Policzyzny wypadała droga przez Żuków, skąd mogła się skierować trzema trasami: południową - przez szeroki na dwa i pół kilometra las Krzczonów, północną - przez Olszankę, obok lasów Olszanka i Piotrkówek, lub środkową - przez las Zastawie - przysiółek Lipnik. Dwie z tych tras prowadziły do Krzczonowa, trzecia (północna) - do kolonii Piotrków. Najbardziej prawdopodobną, bo najmniej stykającą się z zagrożonymi terenami leśnymi, była trasa środkowa, biegnąca przez las Zastawie. Tutaj postanowiono zorganizować zasadzkę. Decyzja ta była uzasadniona tym bardziej, że stojący w Zastawiu oddział miał pełną swobodę działania zarówno na leśną drogę Żuków - Krzczonów, odległą od lasu Zastawie o sześćset metrów, jak, i na Olszankę (odległość około siedemset metrów). Z decyzją zorganizowania zasadzki w lesie Zastawie „Nerwus” śpiesznie odjechał do Krzczonowa.
Miejscowa placówka od dawna była w stanie gotowości, natomiast wchodząca w jej
skład „anarchistyczna” grupa porucznika Stanisława Smyk - Szumskiego ps. Buńczuk szykowała się właśnie do zasadzki na inną kolumnę niemiecką. Ponieważ wiadomość o trasie marszu kolumny nie była zbyt pewna, porucznik „Buńczuk” chętnie zrezygnował z
zamierzonej akcji i zebrawszy swą grupę podążył z nią ku lasowi krzczonowskiemu.
Równocześnie z tą grupą na miejsce zbiórki przybyli żołnierze zaalarmowanego wcześniej
plutonu Sołtysy, dowodzonego przez plutonowego Wacława Cioczka ps. Rysicki. Wśród nich wyróżniali się szczególnie - szeregowy Feliks Rybak ps. Nożyce i jego małoletni syn, który ku zdumieniu ojca również wyciągnął ze schowka karabin. Pojedynczo i grupkami żołnierze armii podziemnej ciągnęli ku lasowi.
Porucznik „Nasz” przy opracowywaniu planu akcji wziął pod uwagę ukształtowanie terenu, który od Krzczonowa stopniowo podnosił się na przestrzeni dwóch kilometrów, aż poza przysiółek Lipnik. Tutaj też na wzgórzu Lipnika, w odległości około kilometra od lasu, porucznik „Nasz” zamierzał zorganizować zaporę siłami placówki Krzczonów, dysponującej dwoma erkaemami. Na tę zaporę miały zapędzić Niemców oddziały „Wilka” i „Sosny” z siedmioma kaemami i inną bronią wspierającą piechoty. Oddziały te, ukryte w lesie Zastawie, miały uderzyć na tyły i skrzydło niemieckiej o kolumny.
Warunkiem rozpoczęcia tego nieźle pomyślanego ataku było opuszczenie lasu przez niemiecką kolumnę. W lesie bowiem mogła się skutecznie bronić, ponieważ do jego północno - zachodniego krańca przylegał teren starych kamieniołomów, dający najlepsze oparcie. Teren, który na północ od drogi w stronę Olszanki podnosił się i formował w dogodne do obrony wzgórze, niezbyt sprzyjał partyzantom. Jednakże słabość tę wyrównywał fakt, że na tyłach tego wzgórza, w Olszance, stała w pogotowiu miejscowa placówka BCh, dowodzona przez plutonowego Władysława Nogę ps. Boruta.
Miejscowa placówka od dawna była w stanie gotowości, natomiast wchodząca w jej
skład „anarchistyczna” grupa porucznika Stanisława Smyk - Szumskiego ps. Buńczuk szykowała się właśnie do zasadzki na inną kolumnę niemiecką. Ponieważ wiadomość o trasie marszu kolumny nie była zbyt pewna, porucznik „Buńczuk” chętnie zrezygnował z
zamierzonej akcji i zebrawszy swą grupę podążył z nią ku lasowi krzczonowskiemu.
Równocześnie z tą grupą na miejsce zbiórki przybyli żołnierze zaalarmowanego wcześniej
plutonu Sołtysy, dowodzonego przez plutonowego Wacława Cioczka ps. Rysicki. Wśród nich wyróżniali się szczególnie - szeregowy Feliks Rybak ps. Nożyce i jego małoletni syn, który ku zdumieniu ojca również wyciągnął ze schowka karabin. Pojedynczo i grupkami żołnierze armii podziemnej ciągnęli ku lasowi.
Porucznik „Nasz” przy opracowywaniu planu akcji wziął pod uwagę ukształtowanie terenu, który od Krzczonowa stopniowo podnosił się na przestrzeni dwóch kilometrów, aż poza przysiółek Lipnik. Tutaj też na wzgórzu Lipnika, w odległości około kilometra od lasu, porucznik „Nasz” zamierzał zorganizować zaporę siłami placówki Krzczonów, dysponującej dwoma erkaemami. Na tę zaporę miały zapędzić Niemców oddziały „Wilka” i „Sosny” z siedmioma kaemami i inną bronią wspierającą piechoty. Oddziały te, ukryte w lesie Zastawie, miały uderzyć na tyły i skrzydło niemieckiej o kolumny.
Warunkiem rozpoczęcia tego nieźle pomyślanego ataku było opuszczenie lasu przez niemiecką kolumnę. W lesie bowiem mogła się skutecznie bronić, ponieważ do jego północno - zachodniego krańca przylegał teren starych kamieniołomów, dający najlepsze oparcie. Teren, który na północ od drogi w stronę Olszanki podnosił się i formował w dogodne do obrony wzgórze, niezbyt sprzyjał partyzantom. Jednakże słabość tę wyrównywał fakt, że na tyłach tego wzgórza, w Olszance, stała w pogotowiu miejscowa placówka BCh, dowodzona przez plutonowego Władysława Nogę ps. Boruta.
Po przeanalizowaniu całego planu porucznik „Nasz” stwierdził, że oddziały „Sosny” i „Wilka”, nad którymi ogólne dowództwo objął „Pałka”, wysunęły się za blisko drogi, tak że w momencie ataku mogłyby się znaleźć pod ogniem krzczonowskiej placówki, albo też ich ruch uniemożliwiłby krzczonowiakom prowadzenie ostrzału. Co więcej, „Pałka” i „Sosna” nie okazali chęci odwlekania ataku i
zamierzali uderzyć na Niemców jeszcze w lesie. Z tych powodów porucznik „Nasz” i przybyły na miejsce komendant placówki podporucznik Franciszek Mardoń ps. Minor zaczęli przesuwać krzczonowiaków ze wzgórza pod Lipnikiem ku lasowi, przedłużając nieco w lewo skrzydło oddziału „Wilka”. Jedna kombinowana drużyna pod dowództwem plutonowego Pawła Gustawa ps. Stal z podchorążymi Włodzimierzem Zawadzkim i Stanisławem Szafrankiem została przez podporucznika „Minora” skierowana na północno - wschodni skraj lasu, gdzie według przewidywań znajdowały się tyły niemieckiej kolumny.
zamierzali uderzyć na Niemców jeszcze w lesie. Z tych powodów porucznik „Nasz” i przybyły na miejsce komendant placówki podporucznik Franciszek Mardoń ps. Minor zaczęli przesuwać krzczonowiaków ze wzgórza pod Lipnikiem ku lasowi, przedłużając nieco w lewo skrzydło oddziału „Wilka”. Jedna kombinowana drużyna pod dowództwem plutonowego Pawła Gustawa ps. Stal z podchorążymi Włodzimierzem Zawadzkim i Stanisławem Szafrankiem została przez podporucznika „Minora” skierowana na północno - wschodni skraj lasu, gdzie według przewidywań znajdowały się tyły niemieckiej kolumny.
Drużyna mawyruszyła na wschodnie skrzydło pod przewodnictwem niestrudzonego w tym dniu „Nerwusa”. Tutaj też dołączyli krzczonowscy aelowcy - podporucznik Maksymilian Siemion ps. Satyr i jego zastępca podchorąży Zbigniew Trzebiński ps. Bosman. Porucznik „Buńczuk” dołączył sam, bez podkomendnych, ponieważ polecił swym ludziom dołączyć do macierzystych drużyn [drużyna por. „Buńczuka” składała się z kilkunastu żołnierzy z różnych plutonów placówki Krzczonów].
Jeszcze nie wszystkie siły partyzanckie zdążyły zająć stanowiska, bojowe, gdy około
godziny piętnastej niemiecka kolumna weszła w las i oddziały „Pałki” rozpoczęły energiczny
atak. Zaskoczony nieprzyjaciel, ponosząc duże straty, wycofał się poza drogę Żuków -
Krzczonów, do północno - zachodniego kąta lasu i starych kamieniołomów. Równocześnie momentalnie przyjął front na południe i odpowiedział gęstym ogniem. Konie u wozów taborowych z miejsca zostały wybite, a część Niemców bez namysłu umknęła z lasu i ukryła się w zbożu, nie myśląc o walce. Pojedynczy żołnierze rejterowali na własną rękę, kierując się gdziekolwiek, byle dalej od bitwy.
W chwili rozpoczęcia ataku czoło niemieckiej kolumny wychodziło z lasu szerokiego na trzysta pięćdziesiąt metrów (licząc wzdłuż drogi), natomiast jej ostatnie szeregi właśnie do niego wchodziły. Oddziały partyzanckie zajmowały stanowiska na południe od drogi:
„Sosna” na wschodnim skrzydle, „Wilk” w centrum (między leśną chatą Grzegorza Pawlaka i zabudowaniami Wardy, położonymi już na zachodnim skraju lasu), krzczonowska grupa plutonowego Leszka Figla ps. Płotka [dowódca plutonu Wójtostwo, a równocześnie szef grupy „Buńczuka”] i plutonowego „Rysickiego” - na skrzydle zachodnim, już na polu. Grupa „Stali” była jeszcze w ruchu na skraju wschodniego skrzydła. Na tyłach żukowiaków znajdowała się część ludzi z Krzczonowa z podporucznikiem „Naszym”, podporucznikiem „Minorem”, podporucznikiem „Satyrem” i porucznikiem „Buńczukiem”.
„Sosna” uderzył z rozmachem, zasypując las ogniem. Jego oddział odrzucił Niemców
poza leśną drogę. Od tyłu, po obu stronach drogi, nacierała grupa plutonowego „Stali”,
również strzelając zażarcie, chociaż nieprzyjaciel był całkiem niewidoczny. Wśród strzelaniny nietrudno było o własne ofiary. Tak prawdopodobnie kula kolegi przeszyła policzek podchorążego Stanisława Szafranka, którego odtransportowano do punktu sanitarnego.
Ogólny chaos utrudniał dowodzenie. Gdy nacierająca grupa podporucznika „Sosny”
została powstrzymana gęstym ogniem już broniących się Niemców, zatrzymała się i grupa „Stali”, chociaż ciągle jeszcze nie miała bezpośredniej styczności z nieprzyjacielem.
Jeszcze nie wszystkie siły partyzanckie zdążyły zająć stanowiska, bojowe, gdy około
godziny piętnastej niemiecka kolumna weszła w las i oddziały „Pałki” rozpoczęły energiczny
atak. Zaskoczony nieprzyjaciel, ponosząc duże straty, wycofał się poza drogę Żuków -
Krzczonów, do północno - zachodniego kąta lasu i starych kamieniołomów. Równocześnie momentalnie przyjął front na południe i odpowiedział gęstym ogniem. Konie u wozów taborowych z miejsca zostały wybite, a część Niemców bez namysłu umknęła z lasu i ukryła się w zbożu, nie myśląc o walce. Pojedynczy żołnierze rejterowali na własną rękę, kierując się gdziekolwiek, byle dalej od bitwy.
W chwili rozpoczęcia ataku czoło niemieckiej kolumny wychodziło z lasu szerokiego na trzysta pięćdziesiąt metrów (licząc wzdłuż drogi), natomiast jej ostatnie szeregi właśnie do niego wchodziły. Oddziały partyzanckie zajmowały stanowiska na południe od drogi:
„Sosna” na wschodnim skrzydle, „Wilk” w centrum (między leśną chatą Grzegorza Pawlaka i zabudowaniami Wardy, położonymi już na zachodnim skraju lasu), krzczonowska grupa plutonowego Leszka Figla ps. Płotka [dowódca plutonu Wójtostwo, a równocześnie szef grupy „Buńczuka”] i plutonowego „Rysickiego” - na skrzydle zachodnim, już na polu. Grupa „Stali” była jeszcze w ruchu na skraju wschodniego skrzydła. Na tyłach żukowiaków znajdowała się część ludzi z Krzczonowa z podporucznikiem „Naszym”, podporucznikiem „Minorem”, podporucznikiem „Satyrem” i porucznikiem „Buńczukiem”.
„Sosna” uderzył z rozmachem, zasypując las ogniem. Jego oddział odrzucił Niemców
poza leśną drogę. Od tyłu, po obu stronach drogi, nacierała grupa plutonowego „Stali”,
również strzelając zażarcie, chociaż nieprzyjaciel był całkiem niewidoczny. Wśród strzelaniny nietrudno było o własne ofiary. Tak prawdopodobnie kula kolegi przeszyła policzek podchorążego Stanisława Szafranka, którego odtransportowano do punktu sanitarnego.
Ogólny chaos utrudniał dowodzenie. Gdy nacierająca grupa podporucznika „Sosny”
została powstrzymana gęstym ogniem już broniących się Niemców, zatrzymała się i grupa „Stali”, chociaż ciągle jeszcze nie miała bezpośredniej styczności z nieprzyjacielem.
W pewnym momencie ktoś zawołał: „Cofamy się!” i grupa „Stali” odeszła na stanowiska wyjściowe na wschodnim skraju lasu., Pchnął ją znów do ataku rozkaz podporucznika „Sosny”, który przybył tylko na chwilę i zaraz wrócił do swojego oddziału. Jednak atak grupy „Stali” zakończył się podobnym wynikiem co poprzednio.
Najgorętsza walka toczyła się w pobliżu zabudowań Grzegorza Pawlaka i Andrzeja
Mazura, na zachodnim skraju lasu Zastawie. Obok broni ręcznej i maszynowej z obu stron
poszły w ruch granaty. Zaczęli padać zabici i ranni partyzanci. Poległ Stanisław Wójcik,
dowódca plutonu z Żukowa i mieszkaniec tejże wsi Józef Kura ps. Bystry. Na linii padł też zabity niezmordowanie krążący między oddziałami „Nerwus”. Ranny został przy erkaemie „Wilk”. Ten sam los spotkał podporucznika „Pałkę”, w momencie kiedy usiłował przenieść „Wilka” w bezpieczne miejsce. Obydwu odstawili do punktu sanitarnego ich podkomendni - Józef Mełgieś i Jan Rusinek. Rannym udzielił pomocy lekarz z Krzczonowa Józef Kulczycki.
Mimo że z pierwszego starcia Niemcy wyszli stosunkowo obronną ręką, wkrótce doszli
do wniosku, że ich los jest więcej niż niepewny. Z trzech stron otaczali ich partyzanci, ostrzeliwując silnie z broni maszynowej i ręcznej. O odwrocie nie mogło być mowy, a oddział poniósł już duże straty. Sytuacja ta spowodowała wśród Niemców upadek ducha. Kiedy z oddziału „Sosny” wezwano ich do poddania się, kilku Niemców wyszło na wschodni skraj lasu z podniesionymi rękami. Ale komenda „Sosny”, nakazująca przerwanie ognia, obiegła tylko najbliższy odcinek. Z innych oddziałów nadal prowadzono ostrzał, który zapędził poddających się Niemców z powrotem do ich kryjówek.
Przykry wypadek miał strzelec „Nożyce”. Kiedy udało mu się zaskoczyć ukrytego
Niemca, ten na komendę „ręce do góry” posłusznie podniósł ręce i dźwignął się na klęczki, ale na kolanach pozostawił karabin. Gdy „Nożyce” podszedł, by go rozbroić, Niemiec porwał za broń i złożył się do strzału. Na szczęście inny partyzant trzymał wroga na muszce, dzięki czemu uprzedził go i położył trupem. „Nożyce” oberwał jednak kulą przez obie nogi.
Krwawe żniwo zbierali teraz krzczonowiacy, do których dołączyła grupka żołnierzy z
oddziału łączności AK porucznika Leona Rembarza ps. Dołęga. W upartej, przedłużającej się walce padli zabici: podchorąży „Nerwus”, Józef Januszek z Żukowa i Henryk Kędziora z oddziału „Sosny”. Wyniesiono rannych: plutonowego Jana Skaleckiego ps. Korbel, kapralaJózefa Rzeczyckiego, podporucznika „Satyra”, Władysława Mączkę, sanitariusza Józefa
Misztala, Czesława Ponieważa, Józefa Leśko i Zielińskiego z oddziału „Dołęgi”. Postrzał
przez pośladki otrzymał dowódca placówki Krzczonów podporucznik „Minor”.
Szwankowało dowodzenie, mimo że na miejsce boju przybył komendant obwodu
lubelskiego AK major Stanisław Piotrowski ps. Jar, a przy oddziałach było też kilku innych
oficerów. Walka stawała się coraz bardziej chaotyczna. Partyzantom zaczęło brakować
amunicji, gdyż młodzi, nie otrzaskani w walce, żołnierze część jej zmarnowali w bezużytecznej strzelaninie. Sytuację uratowało nieco przybycie szefa placówki Krzczonów,
chorążego Józefa Jodłowskiego ps. Szary Wilk, który z magazynu rejonowego dowiózł
amunicję i rozwinął punkt amunicyjny, o czym jednak nie do wszystkich odcinków dotarła
wiadomość.
Odgłosy walki ściągnęły nowe siły partyzanckie. Po „pająkach” od „Dołęgi”
przybyło kilku żołnierzy z oddziału partyzanckiego AK porucznika Tadeusza Sowy ps. Spartanin. Zasygnalizowano gotowość innych jeszcze grup okolicznych. Ale natężenie walki zmniejszało się.
Rozładowawszy przywieziony zapas amunicji, chorąży „Szary Wilk” z wozem udał się na punkt sanitarny, by wziąć udział w ewakuacji rannych. Odwieziono ich do polowego
szpitala w Walentynowie, gdzie rannymi zajęli się lekarze: Józef Kulczycki z Krzczonowa i Albin Spoz z Piask Lubelskich oraz sanitariuszka Anna Wilczyńska.
Na krótko poruszyło się jeszcze wschodnie skrzydło - grupa plutonowego „Stali”.
Któryś z jego ludzi wypatrzył mianowicie ścieżki w zbożu, jakie pozostawili za sobą Niemcy, zbiegli podczas pierwszego ataku partyzantów. Na skrzydle zjawili się właśnie żołnierze placówki Krzczonów - dowódca plutonu Sołtysy plutonowy „Rysicki” i podchorąży Włodzimierz Zawadzki. Ten ostatni bez namysłu skierował się po śladach w zboże z bronią gotową do strzału. Za nim ruszył Władysław Ciężki i inni: Za chwilę zaczęło rozbrzmiewać głośne „Hände hoch!”, a ze zboża zaczęły się podnosić coraz liczniejsze ręce. Jak się okazało, ścieżki prowadziły do ukrytych Niemców. Partyzanci zagarnęli około dziesięciu jeńców. Zabrano im broń - same karabiny, przeważnie zagwożdżone.
Wokół majora „Jara” zgromadzili się jego podkomendni: porucznik „Nasz”, Marian
Pedański i świeżo przybyły sierżant „Niedzielski” – komendant rejonowej szkoły
podoficerskiej w Wilczopolu. Ten ostatni przyniósł wiadomość, że w Chmielu są już wojska radzieckie. Postanowiono więc zwrócić się do nich o pomoc w likwidacji otoczonych Niemców. Z misją tą pojechał konno Marian Pedański, który pożądany kontakt nawiązał; było już jednak zbyt późno, aby formacje radzieckie, zajęte zresztą wykonywaniem swych własnych zadań bojowych, mogły zdążyć na miejsce bitwy.
Mijała czwarta godzina walki, szybko zbliżał się wieczór, ale bój jeszcze trwał.
Nieoczekiwanie grupa „Stali” została ostrzelana spomiędzy zabudowań Żukowa ogniem broni maszynowej. Niemcom przyszła na pomoc odsiecz. Na pole wtoczyły się spóźnione w ogólnym odwrocie wozy pancerne, To zadecydowało o wyniku starcia. Skrzydłowa grupa pod ogniem pancerek rozbiła się na dwie części. Jedna część z plutonowym „Rysickim” wycofała się do lasu, druga z porucznikiem „Buńczukiem” odeszła na północ, do pobliskiego jaru.
Pozostałe grupy partyzanckie, zawiadomione przez „Rysickiego” o nadejściu broni pancernej, wycofały się do lasu nadleśnictwa Krzczonów. Niemcy pod osłoną wozów pancernych zebrali rannych, pochowali swoich zabitych i spaliwszy przysiółek Lipnik, stanęli w polu na ubezpieczonym postoju. Dopiero o świcie podjęli dalszy marsz odwrotowy ku Wiśle.
W nocy oddziały partyzanckie dokonały obliczeń strat własnych. Jak się okazało, siedmiu partyzantów poległo, a dwudziestu pięciu odniosło rany, w kilku przypadkach bardzo ciężkie."
Najgorętsza walka toczyła się w pobliżu zabudowań Grzegorza Pawlaka i Andrzeja
Mazura, na zachodnim skraju lasu Zastawie. Obok broni ręcznej i maszynowej z obu stron
poszły w ruch granaty. Zaczęli padać zabici i ranni partyzanci. Poległ Stanisław Wójcik,
dowódca plutonu z Żukowa i mieszkaniec tejże wsi Józef Kura ps. Bystry. Na linii padł też zabity niezmordowanie krążący między oddziałami „Nerwus”. Ranny został przy erkaemie „Wilk”. Ten sam los spotkał podporucznika „Pałkę”, w momencie kiedy usiłował przenieść „Wilka” w bezpieczne miejsce. Obydwu odstawili do punktu sanitarnego ich podkomendni - Józef Mełgieś i Jan Rusinek. Rannym udzielił pomocy lekarz z Krzczonowa Józef Kulczycki.
Mimo że z pierwszego starcia Niemcy wyszli stosunkowo obronną ręką, wkrótce doszli
do wniosku, że ich los jest więcej niż niepewny. Z trzech stron otaczali ich partyzanci, ostrzeliwując silnie z broni maszynowej i ręcznej. O odwrocie nie mogło być mowy, a oddział poniósł już duże straty. Sytuacja ta spowodowała wśród Niemców upadek ducha. Kiedy z oddziału „Sosny” wezwano ich do poddania się, kilku Niemców wyszło na wschodni skraj lasu z podniesionymi rękami. Ale komenda „Sosny”, nakazująca przerwanie ognia, obiegła tylko najbliższy odcinek. Z innych oddziałów nadal prowadzono ostrzał, który zapędził poddających się Niemców z powrotem do ich kryjówek.
Przykry wypadek miał strzelec „Nożyce”. Kiedy udało mu się zaskoczyć ukrytego
Niemca, ten na komendę „ręce do góry” posłusznie podniósł ręce i dźwignął się na klęczki, ale na kolanach pozostawił karabin. Gdy „Nożyce” podszedł, by go rozbroić, Niemiec porwał za broń i złożył się do strzału. Na szczęście inny partyzant trzymał wroga na muszce, dzięki czemu uprzedził go i położył trupem. „Nożyce” oberwał jednak kulą przez obie nogi.
Krwawe żniwo zbierali teraz krzczonowiacy, do których dołączyła grupka żołnierzy z
oddziału łączności AK porucznika Leona Rembarza ps. Dołęga. W upartej, przedłużającej się walce padli zabici: podchorąży „Nerwus”, Józef Januszek z Żukowa i Henryk Kędziora z oddziału „Sosny”. Wyniesiono rannych: plutonowego Jana Skaleckiego ps. Korbel, kapralaJózefa Rzeczyckiego, podporucznika „Satyra”, Władysława Mączkę, sanitariusza Józefa
Misztala, Czesława Ponieważa, Józefa Leśko i Zielińskiego z oddziału „Dołęgi”. Postrzał
przez pośladki otrzymał dowódca placówki Krzczonów podporucznik „Minor”.
Szwankowało dowodzenie, mimo że na miejsce boju przybył komendant obwodu
lubelskiego AK major Stanisław Piotrowski ps. Jar, a przy oddziałach było też kilku innych
oficerów. Walka stawała się coraz bardziej chaotyczna. Partyzantom zaczęło brakować
amunicji, gdyż młodzi, nie otrzaskani w walce, żołnierze część jej zmarnowali w bezużytecznej strzelaninie. Sytuację uratowało nieco przybycie szefa placówki Krzczonów,
chorążego Józefa Jodłowskiego ps. Szary Wilk, który z magazynu rejonowego dowiózł
amunicję i rozwinął punkt amunicyjny, o czym jednak nie do wszystkich odcinków dotarła
wiadomość.
Odgłosy walki ściągnęły nowe siły partyzanckie. Po „pająkach” od „Dołęgi”
przybyło kilku żołnierzy z oddziału partyzanckiego AK porucznika Tadeusza Sowy ps. Spartanin. Zasygnalizowano gotowość innych jeszcze grup okolicznych. Ale natężenie walki zmniejszało się.
Rozładowawszy przywieziony zapas amunicji, chorąży „Szary Wilk” z wozem udał się na punkt sanitarny, by wziąć udział w ewakuacji rannych. Odwieziono ich do polowego
szpitala w Walentynowie, gdzie rannymi zajęli się lekarze: Józef Kulczycki z Krzczonowa i Albin Spoz z Piask Lubelskich oraz sanitariuszka Anna Wilczyńska.
Na krótko poruszyło się jeszcze wschodnie skrzydło - grupa plutonowego „Stali”.
Któryś z jego ludzi wypatrzył mianowicie ścieżki w zbożu, jakie pozostawili za sobą Niemcy, zbiegli podczas pierwszego ataku partyzantów. Na skrzydle zjawili się właśnie żołnierze placówki Krzczonów - dowódca plutonu Sołtysy plutonowy „Rysicki” i podchorąży Włodzimierz Zawadzki. Ten ostatni bez namysłu skierował się po śladach w zboże z bronią gotową do strzału. Za nim ruszył Władysław Ciężki i inni: Za chwilę zaczęło rozbrzmiewać głośne „Hände hoch!”, a ze zboża zaczęły się podnosić coraz liczniejsze ręce. Jak się okazało, ścieżki prowadziły do ukrytych Niemców. Partyzanci zagarnęli około dziesięciu jeńców. Zabrano im broń - same karabiny, przeważnie zagwożdżone.
Wokół majora „Jara” zgromadzili się jego podkomendni: porucznik „Nasz”, Marian
Pedański i świeżo przybyły sierżant „Niedzielski” – komendant rejonowej szkoły
podoficerskiej w Wilczopolu. Ten ostatni przyniósł wiadomość, że w Chmielu są już wojska radzieckie. Postanowiono więc zwrócić się do nich o pomoc w likwidacji otoczonych Niemców. Z misją tą pojechał konno Marian Pedański, który pożądany kontakt nawiązał; było już jednak zbyt późno, aby formacje radzieckie, zajęte zresztą wykonywaniem swych własnych zadań bojowych, mogły zdążyć na miejsce bitwy.
Mijała czwarta godzina walki, szybko zbliżał się wieczór, ale bój jeszcze trwał.
Nieoczekiwanie grupa „Stali” została ostrzelana spomiędzy zabudowań Żukowa ogniem broni maszynowej. Niemcom przyszła na pomoc odsiecz. Na pole wtoczyły się spóźnione w ogólnym odwrocie wozy pancerne, To zadecydowało o wyniku starcia. Skrzydłowa grupa pod ogniem pancerek rozbiła się na dwie części. Jedna część z plutonowym „Rysickim” wycofała się do lasu, druga z porucznikiem „Buńczukiem” odeszła na północ, do pobliskiego jaru.
Pozostałe grupy partyzanckie, zawiadomione przez „Rysickiego” o nadejściu broni pancernej, wycofały się do lasu nadleśnictwa Krzczonów. Niemcy pod osłoną wozów pancernych zebrali rannych, pochowali swoich zabitych i spaliwszy przysiółek Lipnik, stanęli w polu na ubezpieczonym postoju. Dopiero o świcie podjęli dalszy marsz odwrotowy ku Wiśle.
W nocy oddziały partyzanckie dokonały obliczeń strat własnych. Jak się okazało, siedmiu partyzantów poległo, a dwudziestu pięciu odniosło rany, w kilku przypadkach bardzo ciężkie."
Tekst jest przedrukiem z reportażu Leszka Siemiona pt. "Zastawie".
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://zspkrzczonow.pl/gminny-dzien-pamieci-zastawie-14-lipca-2019/.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz