31 sierpnia, 2022

Wrzesień 1939 r. na Lubelszczyźnie.


Jeszcze nie minął pierwszy tydzień wojny, a wojska niemieckie zagroziły Lubelszczyźnie, i to aż z trzech kierunków. Od zachodu, po rozbiciu i próbie otoczenia Armii "Prusy", na całym odcinku środkowej Wisły nacierały pancerne wozy niemieckiej 10 Armii. Od północy, mimo ciężkich walk toczonych przez Armię ,,Modlin", na Podlasie zaczęły się wdzierać jednostki 8 Armii.
Od południa nacierająca na wschód XIV Armia zdołała wbić się klinem w siły Armii „Kraków" i idąc ukosem zagroziła Zamojszczyźnie. Spychane i częściowo rozbite jednostki WP przemieszczały się na Lubelszczyznę, za tworzącą się nową linię obronną na linii rzek San-Wisła-Wieprz. 
    Sytuacja stawała się groźna. Najważniejszym zadaniem stawała się obrona linii Wisły, od jej utrzymania zależało bowiem czy będziemy mieć dość czasu na stworzenie skutecznej obrony. Zadanie to powierzono utworzonej rozkazem Naczelnego Wodza z 4 września Armii "Lublin".
Gen. Tadeusz Piskor
W jej skład weszły Warszawska Brygada Pancerno-Motorowa (pod dowództwem płk.Stefana Roweckiego), Mostowa Grupa Saperska z Puław, oraz znajdująca się w fazie mobilizacji 39 rezerwowa dywizja Piechoty. Dowództwo nad całością zgrupowania objął gen. Tadeusz Piskor.
    6 września dowództwo niemieckie zorientowało się, że w okolicach Lublina tworzy się nowe polskie zgrupowanie, które może osiągnąć wielkość 7-10 dywizji, postanowiono więc przyspieszyć uderzenia na wszystkich kierunkach
    Siły Armii “Lublin” były bardzo skromne. Zgrupowanie miało przyjąć obronę aż 150 km płytkiej w tym miesiącu Wisły dysponując zaledwie 10 tysiącami żołnierzy, 18 działami i 44 działkami. Żeby skutecznie bronić się na linii Wisły należało dysponować siłami nieporównywalnie większymi. 9 września dowódca Armii "Lublin" gen. Piskor meldował Naczelnemu Wodzowi że “obrony Wisły nie ma, są tylko luźne oddziały na przeprawach”. Oddziały jakimi dysponował były zbyt małe, aby rozciągnąć obronę na całej linii Wisły.
    Ze wszystkich stron (od zachodu, północy i południa) na Lubelszczyznę zaczęły napływać ogromne ilości polskiego wojska oraz uchodźców. Wkrótce zapchane zostały wszystkie drogi. Masy przemieszczających się na wschód uciekinierów wkrótce dostały się pod nękający ogień niemieckich samolotów, którym było obojętne, czy atakują kolumnę wojska, czy bezbronnych cywili. Drużyny kolejarskie, sanitarne i przeciwlotnicze z narażeniem życia i niesłychanym poświęceniem naprawiały uszkodzenia, grzebały zabitych, ratowały rannych.
Podjęto ogromny wysiłek, aby zapanować nad chaosem spowodowanym napływem uchodźców, wycofujących się urzędników i rozbitych jednostek polskiego wojska. Pełniący funkcję komisarza cywilnego wojewoda lubelski próbował powstrzymać przedwczesną ewakuację policji, urzędów i straży pożarnej, tworzono polowe szpitale, wypiekano chleb dla wojska, tworzono ochotnicze patrole i drużyny ratownicze. We wszystkich miastach lubelszczyzny poczęto tworzyć policyjne zapory wyłapujące rozproszonych żołnierzy, których odsyłano do tworzących się nowych zgrupowań.
Gen. Stefan Dąb-Biernacki

Największe z nich, o charakterze grupy armii powstało w rejonie Lubartowa-Chełma pod dowództwem gen. Dąb-Biernackiego. Otrzymało ono później nazwę "Frontu Północnego". Jego zadaniem była obrona północnej flanki lubelszczyzny (rygiel północny). Na południu już 11 września pojawiły się pierwsze oddziały cofającej się Armii Kraków pod dowództwem gen. Szyllinga.
Armia Lublin nie miała dość czasu na organizację - już 8 września pierwsze jednostki zmotoryzowanej Dziesiątej Armii niemieckiej osiągnęły linię Wisły i weszły w kontakt z jednostkami polskimi, usiłując z marszu zająć niektóre z mostów.
    W kolejnych dniach wojska niemieckie ponawiały ataki, i już 10 września udało im się po przeprawieniu się przez Wisłę w okolicach Góry Kalwarii uchwycić przyczółek na północnym odcinku obrony Armii Lublin.
Najbardziej dramatyczny moment obrony linii Wisły miał miejsce przy moście w Dęblinie, gdzie Niemcy usiłowali wjechać na pozycje polskie niejako “na “plecach” polskich uchodźców i wycofujących się rozbitych polskich oddziałów. Polscy obrońcy za wszelką cenę próbowali utrzymać przeprawę, aby uciekinierzy i wojsko mogły bezpiecznie znaleźć się na drugim brzegu Wisły. Dzięki heroicznej postawie polskich żołnierzy udało się ten atak powstrzymać, pod silnym ogniem nieprzyjaciela most zaminować i wysadzić. Wkrótce wszystkie mosty na Wiśle zostały zniszczone, aby uniemożliwić Niemcom przeprawienie się na jej drugi brzeg
Pomimo bohaterskiej postawy naszych żołnierzy Niemcom udało się wkrótce sforsować rzekę. Lato 1939 roku było upalne, z powodu braku opadów poziom wody w Wiśle znacząco się obniżył. Umożliwiło to niemieckim lekkim jednostkom pancernym przebycie rzeki w bród. Oddziały te uchwyciwszy przyczółki na drugim brzegu Wisły były w stanie zbudować stałe przeprawy dla cięższych jednostek pancernych. Najważniejszy z tych przyczółków powstał 12 września pod Annopolem. Następnego dnia późnym popołudniem dowódca Brygady Pancerno - Motorowej płk. Rowecki przeprowadził kontratak, nie zdołał jednak zmusić Niemców do odwrotu.
Płk Stefan Rowecki

Sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Z Naczelnego Dowództwa zaczęły napływać kolejne rozkazy. Rozkaz z 10 września zalecał bezwarunkową obronę Wisły, z kolei następny już rozkaz, datowany na dzień późniejszy, nakazywał utrzymanie linii rzeki do momentu przeprawienia się wojsk generała Kutrzeby (armii „Poznań”), a następnie wycofanie się w kierunku Tomaszowa Lubelskiego. Ich wykonanie nie było możliwe z uwagi na ogromny nacisk sił niemieckich, a ponadto generał Kutrzeba mógł przedzierać się wyłącznie w kierunku Warszawy, gdyż na innych kierunkach marszu miał silne jednostki niemieckie.
    W nocy z 13 na 14 września wojska niemieckie zaczęły forsować Wisłę. Nadwiślańskie wsie i osady znalazły się pod ogniem niemieckiej artylerii. Od bomb lotniczych płonęły Kurów, Józefów i Puławy.
    Następnego dnia oddziały polskie cofnęły się pod Kraśnik, gdzie przygotowały się do wydania bitwy nacierającym Niemcom. W chwili gdy 8 Pułk Ułanów starł się z niemieckimi szpicami, nadszedł rozkaz naczelnego wodza: Armia Lublin miała cofnąć się na zamojszczyznę, w rejon Frampola. Jeszcze przez chwilę rozważano desperackie zamknięcie się w improwizowanych twierdzach-miastach - Lublinie i Puławach, lecz bacząc na sytuację od tego odstąpiono. Armia “Lublin” odmaszerowała na wschód.

Jednostki niemieckie zmierzały prosto na bezbronny Lublin. Po odejściu Armii Lublin oraz ucieczce prezydenta, straży pożarnej i policji szybko uformował się tu Komitet Cywilno-Wojskowy, który postanowił za wszelką cenę bronić miasta. W warunkach całkowitej improwizacji zdołano sformować trzy bataliony w sile dwóch tysięcy osób, złożone głównie z ochotników oraz żołnierzy rozbitych jednostek, uzbrojone w broń pozostawioną w koszarach 8 Pułku Piechoty Legionów. Komendantem wojennym miasta został rotmistrz rezerwy Stanisław Lis-Błoński, zaś funkcję komisarza cywilnego objął sędzia Sądu Apelacyjnego w Lublinie Stefan Lelek-Sowa, były żołnierz Legionów i działacz POW. Linie obrony usytuowano wzdłuż szosy kraśnickiej, koszar 8 Pułku Piechoty Legionów, a szczególną rolę miał odgrywać gmach Bobolanum. Główną siłą obronną były dwa bataliony, dowodzone przez majorów: Juliusza Dudzińskiego i Stanisława Horwatta. 16 września oddział zwiadowczy obrońców miasta pod dowództwem mjr. Dudzińskiego odparł pierwsze niemieckie patrole pod Konopnicą. Siedemnastego września zbliżające się od strony Kraśnika wojska niemieckie stanęły pod Lublinem. Wobec zaciętej obrony na skraju miasta, Niemcy rozpoczęli ostrzał artyleryjski połączony z nalotami lotniczymi.
Lublin we wrześniu 1939 r.

Zburzono wówczas wiele domów na Starym Mieście i poważnie uszkodzono katedrę. Następnie do akcji weszły jednostki 4 Dywizji Piechoty, rozpoczęto też okrążanie miasta od południa. Do największych starć doszło w okolicach koszar, Bobolanum i KUL-u. Tam też polegli obydwaj dowódcy batalionów obrony mjr Horwatt i mjr Dudziński.

W nocy z 17 na 18 września, ze względu na miażdżącą przewagę wroga, oddziały obrońców Lublina wycofały się w kierunku wschodnim, gdzie weszły w skład zgrupowania gen. Dąb-Biernackiego. Osiemnastego września wczesnym rankiem Niemcy wkroczyli do Lublina.

Sytuacja otaczanych przez nieprzyjaciela wojsk polskich stawała się coraz bardziej tragiczna. Na południu wojska niemieckie już 13 września zdołały uchwycić Uhnów, Tomaszów Lubelski i Zamość. 18 września padł Krasnystaw. Droga na południowy wschód została zamknięta.
W zacieśniającym się kotle okrążenia znalazły się teraz oddziały Frontu Północnego oraz połączone w Front Środkowy Armie Lublin i Kraków. Wszystkie jednostki otrzymały rozkaz przebijania się na południowy wschód (kierunek Rawa Ruska-Lwów-Rumunia). Przesuwające się polskie oddziały nieustannie naciskane były przez siły niemieckie. Polskie wojska szły przez płonące lasy i osady, np. w nocy z 15 na 16 września przechodzili przez Janów Lubelski i Frampol - obydwa silnie zbombardowane i spalone.

16 września dowódca Frontu Środkowego gen. Piskor podjął decyzję o przebijaniu się zgrupowania przez Tomaszów Lubelski, zajęty już przez Niemców. W dwu następnych dniach oddziały Frontu Środkowego w ciężkich walkach dokonywały koncentracji. Na całym obszarze doszło do szeregu starć, min. pod Krasnobrodem i Józefowem, Cieszanowem, Płazowem i Maziłami. Wobec braku benzyny niszczono zbędne tabory i sprzęt.
Przygotowania do bitwy pod Tomaszowem
18 września rozpoczęła się wielka bitwa pod Tomaszowem Lubelskim. Jednostki grupy Pancerno-Motorowej płk. Roweckiego w sile ok. osiemdziesięciu wozów pancernych, w tym ponad 20 czołgów 7TP, uderzyły z impetem na miasto, licząc że element zaskoczenia pomoże przebić się przez niemiecką obronę.
Polski czołg 7TP
Niestety, w mieście zastały okopane czołgi i zapory dwóch brygad niemieckich. Ciężkie walki trwały do godzin nocnych. W nocy z 18 na 19 września w sztabie gen. Piskora rozważano różne warianty wyjścia z sytuacji. Padały różne propozycje: wznowienia uderzenia na Tomaszów, obejście miasta min. przez Narol, cofnięcie się na Warszawę lub wreszcie kapitulacja.

19 września rano oddziały polskie wspierane przez artylerię ruszyły do nowego, desperackiego ataku na Tomaszów. Bitwa trwała cały dzień i objęła wiele sąsiednich miasteczek i wsi. Wieczorem do zgrupowania dotarły wieści o wkroczeniu sowietów oraz opuszczeniu kraju przez rząd i naczelne dowództwo. Naczelny Wódz nakazywał unikanie walk z Sowietami i wycofanie się na przedmoście rumuńskie. Na nocnej naradzie gen. Piskor oznajmił swoim dowódcom, iż dzisiejszej nocy zostanie podjęta ostatnia próba przebicia się przez miasto, jeśli się nie uda - są zwolnieni z obowiązków i niech każdy próbuje przebić się na własną rękę. Rozpoczęte nocą natarcie załamało się 20 września ok. godz. 10 rano. Wobec braku nadziei na wyjście z okrążenia, gen. Piskor poddał siły Frontu . Następnego dnia dowództwo niemieckie podało tryumfalnie, że wzięło do niewoli 20 tysięcy jeńców, w tym dwóch generałów.

W czasie kiedy dogasała pierwsza bitwa tomaszowska, w kierunku Tomaszowa Lubelskiego podążały z polskie jednostki Frontu Północnego, dowodzone przez gen. Dąb-Biernackiego.
    W skład Frontu Północnego wchodziły resztki armii „Modlin” i „Prusy” oraz 39 rezerwowa Dywizja Piechoty ze składu armii „Lublin”. Jednym z czołowych oddziałów była Nowogródzka Brygada Kawalerii gen. Władysława Andersa, której udało się zająć Krasnobród. Umożliwiło to oddziałowi wyrwanie się z okrążenia i przebicie w kierunku Lwowa. Tymczasem pozostałe grupy radziły sobie znacznie gorzej.
    Główne siły Frontu Północnego próbowały odbić z rąk niemieckich Krasnystaw i Zamość, jednak bezskutecznie. Postanowiono więc przebijać się przez Tomaszów Lubelski. Dalsze działania zgrupowania skupiły się więc na opanowaniu terenów wyjściowych do przeprowadzenia ataku, aby po zdobyciu miasta przebić się na Lwów. W dniach 20-22 września najcięższe walki toczyły się pod Cześnikami, gdzie starły się 39 dywizja piechoty i 29 brygada piechoty z niemieckimi oddziałami 4 niemieckiej dywizji lekkiej wspartej, wspartej jednostkami 27 dyw. pancernej. Polskie dywizjony pplot strzelały z pierwszej linii ogniem bezpośrednim, płonął pobliski Barchaczów, doszło do walk na bagnety.

23 września gen. Dąb-Biernacki opuścił pole bitwy i nakazał kapitulację gen. Emilowi Krukowiczowi-Przedrzymirskiemu.
gen. Krukowicz-Przedrzymirski
Generał nie podporządkował się rozkazowi i kontynuował walkę jeszcze przez kilka dnia. Polscy żołnierze wykazali się niezwykłym hartem ducha. Jak sami mówili, bili się przede wszystkim o honor, bo szans na zwycięstwo nie mieli już żadnych.
Próby przebicia trwały do 27 września, obfitując w dramatyczne epizody. Pod Tarnawatką dowódca I dywizji gen. Kowalski w pierwszej linii ataku świadomie szukał śmierci, pod Krasnobrodem z szaloną brawurą 25 pułk ułanów rozbił sztab 8 niemieckiej dywizji piechoty i wziął do niewoli 29 oficerów…
Gen. Przedrzymirski podpisał umowę kapitulacyjną dopiero w obliczu całkiem już beznadziejnej sytuacji, 26 września, zniszczywszy uprzednio sprzęt wojskowy. Do niewoli dostało się 7 generałów, 500 oficerów i ok. 6 tys. żołnierzy.

W końcu września w południowej Lubelszczyźnie znalazło się kilka licznych jednostek Wojska Polskiego - grupa "Kowel'' płka Koca, grupa płka Filipkowskiego składająca resztek grupy "Brześć'' oraz grupa Kawalerii "Chełm'' - płk Płonka.

Płk Leon Koc w czasie służby
w Legionach
Płk Tadeusz Płonka

Płk Władysław Filipkowski
W myśl rozkazu Naczelnego Wodza miały dotrzeć w miejsce koncentracji na przedmościu rumuńskim. Podczas narady w Sobieskiej Woli dowództwo nad całością sił zostało przekazane płk. Tadeuszowi Zieleniewskiemu. Ustalono, że do granicy z Rumunią zgrupowanie będzie się przebijać trzema kolumnami marszowymi. Dowództwo polskie zdawało sobie sprawę, że drogę na południe blokowała niemiecka 27 Dywizja Piechoty. Bitwa była więc nieunikniona chociaż siły strony polskiej nie dorównywały 27 DP; liczyły w przybliżeniu: cztery pułki piechoty, pułk kawalerii, batalion saperów i dwa dywizjony artylerii. Trzeba jeszcze dodać o kończących się rezerwach amunicyjnych po stronie polskiej.
Płk Zieleniewski
    Dnia 28 września maszerująca z rejonu Bychawy na Blinów- Polichnę grupa płk. Leona Koca starła się z czołówką 27 DP ubezpieczającą siły niemieckie rozlokowane wokół Kraśnika. Druga kolumna, dowodzona przez płk. Władysława Filipkowskiego nacierała przez Wysokie- Zdziłowice- Godziszów, w kierunku Janowa. Trzecie polskie zgrupowanie płk. Władysława Płonki rozwijało natarcie przez Żółkiewkę- Turobin- Chrzanów, w kierunku Dzwoli, gdzie starło się z dywizjonem przeciwpancernym wchodzącym w skład 27 Dywizji Piechoty. Właśnie natarcie najsilniejszego zgrupowania płk. Filipkowskiego odniosło największy sukces. Wojsko Polskie zajęło Janów Lubelski a Niemcy rozpoczęli odwrót w kierunku północnym, na Modliborzyce- Polichnę, wprost na zgrupowanie płk. Koca. Polskiego natarcie załamało się jednak wobec odsieczy wysłanej z Kraśnika.
Zieleniewski nakazał swoim oddziałom odwrót w rejon wsi Momoty Górne- Kąty. Niestety bohaterskim żołnierzom Wojska Polskiego nie udało się dotrzeć do granicy rumuńskiej. W rejonie Krzemienia reszta zgrupowania płk. Koca została wzięta do niewoli przez Czerwonoarmistów a w rejonie miejscowości Bukowa Rosjanie rozbroili zgrupowanie płk. Zieleniewskiego.

Przy końcu września, gdy w zasadzie już ucichły boje, na teren Lubelszczyzny wkroczyło niespodziewanie jeszcze jedno zgrupowanie Wojska Polskiego. Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” pod dowództwem Franciszka Kleeberga przemierzyła setki kilometrów, walcząc z Wermachtem, Armią Czerwoną i ukraińskimi bojówkami. Mimo marszu przez płonący kraj, w obliczu dwóch potężnych agresorów nie straciła morale i pod Kockiem stanęła do ostatniej walki z Niemcami. 
Gen. Franciszek Kleeberg
SGO „Polesie” została powołana rozkazem Naczelnego Wodza z 9 września 1939 roku. Generał Franciszek Kleeberg, dotychczasowy dowódca IX Okręgu Korpusu w Brześciu, miał utworzyć nową, wielką jednostkę, która miała bronić frontu północnego przed głębokim obejściem od wschodu. Pod Brześciem wspólnie z dywizją “Kobryń” przez trzy dni odpierała ataki niemieckie. Później, zgodnie z rozkazami naczelnego wodza grupa ta podążyła na na południowy wschód w kierunku Kamienia Koszelskiego i Kowla, kierując się w stronę granicy rumuńskiej. Jednak gdy gen. Kleeberg otrzymał informację o przekroczeniu w dniu 17 września granicy polskiej przez Armię Sowiecką i ucieczce rządu i naczelnego dowództwa, postanowił iść na odsiecz oblężonej Warszawie. 26 września SGO Polesie przeprawiła się przez Bug i 27-28 września dotarła do Włodawy. Tutaj gen. Kleeberg otrzymał wieści o kapitulacji Warszawy. Wiadomość ta spowodowała kolejną zmianę planów, gen. Kleeberg postanowił iść na zachód, dotrzeć do składnicy broni w Dęblinie, aby uzupełnić zapasy broni i amunicji. Następnie miał zamiar skierować się w lasy kielecczyzny, w Góry Świętokrzyskie i tam podjąć wojnę partyzancką z Niemcami.
Na początku października rozpoznanie SGO „Polesie” natknęło się w okolicach Kocka na czołówkę 13. Dywizji Zmotoryzowanej Wehrmachtu. Gen. Kleeberg musiał podjąć bitwę – wróg zagradzał mu drogę do dęblińskiej składnicy uzbrojenia, a jego zapasy amunicji były na wyczerpaniu.
Przez pierwsze dwa dni Polacy byli w ofensywie. Trzon oddziałów atakujących stanowiło zgrupowanie „Brzoza” dowodzone przez płk. Ottokara Brzozę-Brzezinę. Udało im się zadać Niemcom ciężkie straty, pomimo ich zdecydowanej przewagi ogniowej i sprzętowej. Do niewoli wzięto, wg meldunków płk. Brzozy-Brzeziny, kilkuset jeńców. Ponadto, co należy uznać za spory sukces, zniszczono około 100 czołgów i pojazdów opancerzonych.
4 października oddziały gen. Kleeberga zaczęły się przegrupowywać i przeszły do obrony zdobytych pozycji. Polacy nie ustąpili pod silnym ogniem artyleryjskim Wehrmachtu.
Tymczasem do sztabu SGO „Polesie” nadszedł meldunek, że od północy zbliża się kolejna niemiecka dywizja zmotoryzowana. By uniknąć walki na dwa fronty, zdecydowano się przeprowadzić zmasowane natarcie na osłabioną 13. Dywizję.
Spieszona kawaleria w bitwie pod Kockiem



Najcięższe walki 5 października rozegrały się w Woli Gułowskiej i jej okolicach. Żołnierze Kleeberga triumfowali. Sprzętową przewagę Niemców niwelowali przemyślaną taktyką i bojowym duchem. Tego dnia wypchnęli 13. Dywizję z Charlejowa, Adamowa, Helenowa i Czarnej. Dowódca SGO „Polesie” wiedział, że ma Niemców na widelcu i może rozbić ich w puch. Niestety właśnie wtedy otrzymał meldunek o zupełnym wyczerpaniu się zapasów amunicji…

6 października 1939 r. dowódca SGO „Polesie”, po długich wahaniach, zdecydował się skapitulować. Około godziny 19:30 wydał swój ostatni rozkaz:

Żołnierze!

Z dalekiego Polesia, znad Narwi, z jednostek, które oparły się w Kowlu demoralizacji – zebrałem Was pod swoją komendę, by walczyć do końca.

Chciałem iść najpierw na południe – gdy to się stało niemożliwe – nieść pomoc Warszawie.

Warszawa padła, nim doszliśmy. Mimo to nie straciliśmy nadziei i walczyliśmy dalej, najpierw z bolszewikami, następnie w pięciodniowej bitwie pod Serokomlą z Niemcami.

Wykazaliście hart i odwagę w czasie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca.

Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może.

Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każąc zaprzestać dalszej, bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą Karność, wiem, że staniecie, gdy będziecie potrzebni.

Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie.


Niemal 17 tys. ostatnich polskich żołnierzy kampanii wrześniowej poddało się na warunkach honorowych. Wszystkim oficerom pozwolono zachować kabury z pistoletami. Niemieccy generałowie — Paul Otto i Gustaw von Witersheim bezpośrednio po kapitulacji potraktowali Polaków honorowo. Kompania Wehrmachtu prężyła się przed generałem Kleebergiem na baczność, gen. Witersheim wychwalał polskie bohaterstwo. - Biliście się tak, jak tylko Niemcy potrafią — komplementował Kleeberga. Polski dowódca przyjmował niemieckie kadzenie z rezerwą. – Zrobiliśmy to, co do nas należało — odpowiedział krótko, po wojskowemu. 

Bitwa pod Kockiem była ostatnim bojem Wojska Polskiego we wrześniu 1939 r. 


12 sierpnia, 2022

Aresztowani 12 sierpnia 1944 r. w Bychawie

12 sierpnia 1944 r. NKWD aresztowało 10 mieszkańców Bychawy:

1.Buczek Zygmunt syn Jana ur. w 1912 r. 

2. Dudziak Aleksander syn Ludwika ur. w 1899 r.

3. Jezierski Mieczysław syn Kazimierza ur. w 1920 r.

4. Kałka Józef syn Józefa ur. w 1900 r.

5. Kaziród Stanisław syn Wojciecha ur. w  1920 r.

6. Kowalski Henryk syn Macieja ur. w 1918 r.

7. Kwiatkowski Stefan syn Dominika ur. w 1911r. 

8. Madej Zygmunt syn Wojciech ur. w 1909 r.

9. Mazur Kazimierz Ignacy syn Jana ur. w 1903 r.

10. Miszczuk Tadeusz syn Kazimierza ur. w 1925 r.


Na listach do aresztowania NKWD miało więcej nazwisk, jednak duża część ludzi związanych z podziemiem niepodległościowym, uprzedzona masowych o aresztowaniach w Lublinie, już od jakiegoś czasu się ukrywała. Uderzało to, lista tworzona musiała być dużo wcześniej, gdyż zdarzało się, że nazwisko na liście należało do osoby poległej w akcji 'Burza" przed dwoma tygodniami.

 Aresztowano tych, których zastano w domu bądź na stanowiskach pracy. Wśród tej dziesiątki aresztowanych byli ludzie którzy po wyzwoleniu Bychawy przez partyzantów Armii Krajowej tworzyli od nowa polską administrację, jak pan Dudziak, sekretarz gminy, czy pan Kałka, naczelnik poczty. 

Podczas przesłuchania pytano o przynależności do Armii Krajowej, a także innych towarzyszy broni. Aresztowanym nie stawiano żadnego formalnego zarzutu, nie zamierzano także wobec nich prowadzić żadnego oficjalnego śledztwa. Nigdy nie zostali postawieni w stan oskarżenia, nie stanęli przed żadnym sądem, nie udowodniono im żadnej winy. Ich „przestępstwem’ była przynależność do Armii Krajowej.

Pierwsze przesłuchania odbywały się w lokalnych siedzibach służb bezpieczeństwa, ale dość szybko aresztowanych przewożono do miejsc koncentracji więźniów, np. Lublina, aby ich dalej wywieźć w głąb Związku Radzieckiego. Sposób ich potraktowania ewidentnie świadczy o tym, że nie chodziło o to, czy aresztowani brali udział w tej czy innej akcji, ale że zostali uznani za niebezpiecznych dla władz radzieckich. Cała akcja miała na celu prewencyjne wyeliminowanie z polskiego społeczeństwa grup, które mogły stawić opór instalowaniu komunistycznej władzy w Polsce. Przesłuchania odbywały się metodami znanymi później z ubeckich więzień

Aresztowani zostali ostatecznie wywiezieni do obozu Borowicze w Rosji. 

Jazda do Borowicz trwała 10-12 dni. Wagony były nieogrzewane, uwięzionym dokuczało pragnienie, głód i zimno. Niektórzy nie byli odpowiednio ubrani. Pierwsza selekcja, kto przeżyje, a kto nie odbywała się już na tym etapie. Ten, kto wychodząc z domu, nie był ciepło ubrany, nie miał szans przeżycia.

Łagier Borowicze składał się z kilku podobozów: miejskiego (Borowicze), Szybatowa (zwanego też Szepietowem), Jogły (Jegolska) i obozu szachtowego (Ustie). W obozie miejskim więźniowie pracowali w cegielni i tartaku. W Szepietowie i Jogle więźniowie wyławiali z rzeki Msty spławiane drzewo, rąbali stemple i inne elementy drewniane do kopalń, pracowali w stolarniach i przy pracach rolnych. Najbardziej ciężka praca była do wykonania w obozie szachtowym. Więźniów zmuszano tam do pracy w kopalni w warunkach urągających wszelkim zasadom racjonalnej pracy. Skierowano tam do pracy ok. 1 tys. Polaków.

Więźniowie mieszkali w barakach pełnych pluskiew (w jednym z obozów latem wygarniano je z baraków szuflami), nie było tam sienników, nie było kocy. Ich wyżywienie było niedostateczne pod względem ilości i składu. Nie zapewniało wystarczającej liczby kalorii potrzebnych osobom niepracującym, a w połączeniu z ciężką fizyczną pracą szybko prowadziło do wycieńczenia organizmu. Więźniowie zapadali na dystrofię, a panujące zimno (średnia temperatura zimą wynosiła -20 stopni) przyczyniało się do powstawania zapalenia płuc, gruźlicy i innych chorób. W obozach były szpitale i lekarze, ale wobec braku lekarstw i narzędzi medycznych, opieka lekarska była fikcją. W marcu 1945 r. w podobozie Jogła wybuchła epidemia czerwonkiWięźniowie wyprzedawali swoje ubranie, aby zdobyć jedzenie. Chodzili coraz bardziej obdarci, ubrani w odzież obozowej produkcji. 

Internowani nie wiedzieli, jak długo będą więzieni. Nie zostali skazani na karę o określonej długości. W 1945 r., po zakończeniu II wojny światowej w Europie, władze radzieckie odrobinę złagodziły kurs, czego wyrazem była dyrektywa NKWD o zwolnieniu Polaków, którzy popełnili mało istotne przestępstwa lub byli szeregowymi żołnierzami Podziemia.

Jesienią 1945 r. zaczęły się ponowne przesłuchania więźniów. Miały one na celu podzielenie więźniów na mniej i bardziej winnych (za bardziej winnych uznawano oficerów i kadrę kierowniczą). Tym, których uznano za mniej winnych, pozwolono wrócić do Polski. Zwolnienia z obozu zaczęły się w styczniu i lutym 1946 r., podlegała im znaczna część więźniów.

Zanim więźniów zwolniono, przeniesiono ich do lżejszej pracy, do podobozu Kowańce. Każdemu dano mydło i wysłano do bani. Mieli nakaz ogolenia się. Odebrano im stare ubrania, a dano do wyboru mniej zniszczoną odzież niemiecką lub radziecką. Wymieniono także im bieliznę. Więźniami zajęli się lekarze, wydano im lekarstwa.

Zwolnionych więźniów wsadzono ponownie do wagonów towarowych, tym razem o trochę lepszym standardzie, i przewieziono na granicę z Polską. Z badań naukowych wynika, że powracający w 1946 r. zmieścili się w 3 pociągach. Podróż również trwała kilka-kilkanaście dni. W Brześciu więźniowie zostali umieszczeni w obozie przejściowym. Następnie byli przewożeni do Białej Podlaskiej, której ludność bardzo serdecznie zajmowała się ‚repatriantami’, jak ich oficjalnie nazywano. Mieczysław Godlewski, były więzień Borowicz, tak wspominał swój powrót do kraju:

"Nie wiem, czy ktoś kiedyś w życiu, był serdeczniej przyjmowany, tak jak nas przyjmowało społeczeństwo Białej Podlaskiej po powrocie z łagru. Jeżeli ktoś, kiedyś będzie czytał moje wspomnienia, to niech przekaże Władzom i Społeczeństwu Miasta Białej Podlaskiej, że pamieć o tym musi trwać wiecznie. Aby okazać tyle serca i poświecenia dla drugiego człowieka w tamtych czasach, to trzeba było mieć wiele odwagi i być naprawę Polakiem."

Mieszkańcy Białej szturmowali pociągi nachodzące ze Związku Radzieckiego. Nie bacząc na konwojentów, przynosili powracającym jedzenie, a nawet wykradali ich z pociągów.

NKWD przekazała nadzór nad więźniami polskiemu Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. Każdy z uwięziony, aby być zwolnionym musiał wypełnić ankietę. Byłym więźniom wydano zaświadczenia, stanowiące ich tymczasowe dowody osobiste i pieniądze na podróż do domu. Wydawano im także po pół paczki UNRRA. Surowo zakazywano im także opowiadać o obozie.

Borowiczanie wracali do swoich domów zniszczeni fizycznie. Lokalne służby bezpieczeństwa przez cały czas bacznie przyglądały się ich życiu.

Z dziesięciu mieszkańców Bychawy, aresztowanych 12 sierpnia 1944 r. do domów powróciło ośmiu.

Aleksander Dudziak, zasłużony pracownik gminy Bychawa zmarł z wycieńczenia  w obozowym szpitalu 17 kwietnia 1946 r. 

Józef Kałka, naczelnik poczty w Bychawie, zmarł w obozie 31 marca 1945 r.

Niemożliwe jest odnalezienie ich mogił, gdyż zmarłych więźniów grzebano nago w płytkich zbiorowych mogiłach na przyobozowych terenach, a grobów nie oznaczano.

Buczek Zygmunt, Jezierski Mieczysław, Kaziród Stanisław, Kowalski Henryk, Kwiatkowski Stefan,  Madej Zygmunt,  Mazur Kazimierz i Miszczuk Tadeusz powrócili do Polski przez punkt repatriacyjny w Białej Podlaskiej w lutym i marcu 1946 r.


Od prawej: Mieczysław Jezierski, Stefan Kwiatkowski, Zygmunt Madej, Stanisław Koziród.
Zdjęcie wykonane w punkcie repatriacyjnym w Białej Podlaskiej.




W partyzantce u "Spartanina" - wspomnienia Edwarda Zapolskiego-Kusego ps. "Mściwój".

Poniższy tekst jest fragmentem wspomnień Edwarda Zapolskiego -Kusego "Raport z jednego życia. Wypiłem bruderszaft z historią". Cał...